Uwaga!

odcinek 8096

Uwaga!

Mirella była zamknięta w swoim pokoju przez 27 lat. W końcu nastąpił przełom - kobieta jest w nowym bezpiecznym miejscu. Udało nam się z nią porozmawiać.

Zakupy, spacer, rozmowy z przyjaciółmi - to dla wszystkich zwyczajne, codzienne czynności, ale Mirella mogła ostatni raz cieszyć się nimi prawie 30 lat temu. Dziś kobieta ma 43 lata i uczy się życia na nowo.

- Zaskakuje mnie ruch samochodowy. Kiedyś tego nie było, a teraz jest dwa razy więcej aut – mówi Mirella. I dodaje: - W sklepach zaskakujące są ceny, ale do kupienia jest wszystko. Pojawiło się dużo nowych rzeczy, o których nie miałam wiedzy.

Mirella zniknęła w 1997 roku

Dla sąsiadów i znajomych Mirella K., uczennica pierwszej klasy liceum, zniknęła w 1998 roku. Jej rodzice, pytani o córkę, opowiadali na przemian, że dziewczynkę porwano albo że musiała wrócić do biologicznej rodziny.

- Rozmawiało się o tym, że nie chodzi do szkoły, że może wagaruje. Któryś z nauczycieli poprosił kogoś, może mnie, żeby pójść sprawdzić, czy Mirella jest w domu. Ale nikt nie otwierał – opowiadała pani Beata, koleżanka z klasy Mirelli.

W końcu wszyscy zapomnieli o sprawie, ale w lipcu zeszłego roku sąsiadka z naprzeciwka, koleżanka Mirelli z dzieciństwa, usłyszała za drzwiami głos dawnej przyjaciółki. Wezwała policję i Mirella po raz pierwszy od 27 lat wyszła z mieszkania.

- Byłam w szoku. Z jednej strony miała łysą głowę, z drugiej - pozlepiane dredy. Myślałam, że to jakaś starsza kobieta, choć jesteśmy w tym samym wieku – opowiadała pani Luiza, koleżanka Mirelli.

- Usłyszałam, jak Mirella mówi, że nie wie, jak się chodzi po schodach – dodała nasza rozmówczyni.

Okazało się, że ratunek nadszedł w ostatniej chwili, bo spowodowana wieloletnimi zaniedbaniami infekcja nóg kobiety zagrażała jej życiu. Mirella natychmiast trafiła do szpitala, a lekarze powiedzieli, że od śmierci dzieliły ją tygodnie lub nawet dni.

Mirella ze szpitala wróciła do domu

Gdy sprawa wyszła na jaw, mogłoby się wydawać, że instytucje państwowe zrobią wszystko, by wyjaśnić, dlaczego Mirella spędziła blisko 30 lat zamknięta w swoim pokoju. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

- Policjanci poza wezwaniem pogotowia nie zrobili nic, a lekarz ze szpitala, po podleczeniu ran na nogach kobiety, zdecydował o odwiezieniu Mirelli do domu - tam, gdzie rozegrał się jej dramat – mówi reporter Uwagi! Tomasz Patora.

- Policjanci nie słyszeli, aby pani Mirella przedstawiła im, że była przetrzymywana wbrew własnej woli – stwierdziła wówczas mł. asp. Anna Hryniak.

Inną wersję przekazało jednak pogotowie.

- Powiedziała tak, wychodząc razem z ratownikami do ambulansu, przemieszczając się. Że od 20 lat, po raz pierwszy jest na tej klatce schodowej i jak ona pięknie wygląda – mówi Łukasz Pach, dyrektor Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach.

Obchody nowych urodzin

- 29 lipca, w rocznicę jej odnalezienia, zorganizowałyśmy dla niej przyjęcie, wtedy jeszcze mieszkała z rodzicami. Był tort. Były balony, konfetti. Zaprosiliśmy też naszych mężów, partnerów i dzieciaki, żeby miała prawdziwą imprezę – opowiada Laura Duras, koleżanka Mirelli.

- Wcześniej mówiła nam, że chce świętować nowe urodziny, coś jakby pierwszy rok nowego życia – dodaje pani Laura.

- Jeszcze nie miałam okazji pójść do restauracji. Ale miałam okazję być w kawiarni. Robi wrażenie. Bardzo mi czegoś takiego brakowało, takich babskich wyjść z koleżankami. Lody czy jakieś ciastko to rzeczy, których dopiero teraz doświadczam – przyznaje Mirella.

Rodzice Mirelli nie otwierali drzwi niemal nikomu. Jak wyglądał świat uwięzionej kobiety, pokazał nam pan Stanisław, sąsiad, mieszkający piętro niżej.

- To dwa pokoje. Można wytrzymać tydzień, ale nie 27 lat – mówił pan Stanisław.

- Ona nie mogła swobodnie poruszać się po mieszkaniu. Mirella miała zakaz wchodzenia do pokoju rodziców. Zabronili jej korzystać ze wspólnych przestrzeni. Wszystkie czynności wykonywała tylko w obrębie własnego kąta – mówi Aleksandra Salbert, koleżanka Mirelli.

Jak Mirella radzi sobie dzisiaj z nowymi technologiami?

- W końcu mam telefon. Mniej więcej potrafię go obsługiwać, choć nie wszystkie funkcje. Ale nadrobię to – deklaruje Mirella.

- Wydawało mi się, że jak ktoś był przez tyle lat wycięty z życia, to będzie mu się bardzo trudno odnaleźć. A ona bardzo szybko się uczy. Jest bardzo inteligentna. Różne rzeczy ją zaskakują. Jak poszłyśmy do kawiarni, zdziwiła się, że zrobili długie łyżeczki do kawy z mlekiem – mówi pani Laura.

Co robiła pomoc społeczna?

Gdy sprawa wróciła do punktu wyjścia, a rodzice Mirelli znów odcięli ją od świata, jej koleżanki zaalarmowały redakcję Uwagi! Przez kolejne miesiące, razem z innymi mediami, próbowaliśmy zmusić odpowiednie instytucje do działania, ale szło niezwykle

opornie. Opiekunki z MOPS-u i policjanci nie potrafili nawet wejść do mieszkania Mirelli, bo jej rodzice nie chcieli ich wpuścić.

Dzięki ciągłemu poruszaniu sprawy Mirelli przez media, kobieta coraz częściej wychodziła z mieszkania. Powrót do normalnego życia blokowali jednak rodzice kobiety.

- Sytuacja jest bardzo dobra. Pani Mirella jest zabezpieczona. Normalnie je i pije – mówiła, wychodząc z mieszkania rodziców Mirelli, była dyrektor Ośrodka Pomocy Społecznej w Świętochłowicach.

Była to nasza ostatnia rozmowa z ówczesną dyrektorką ośrodka pomocy. Została odwołana niedługo po tym, gdy okazało się, że za zamkniętymi drzwiami ojciec obraża i bije Mirellę.

- Gdy powiedzieliśmy Mirelli, że wszyscy nam wmawiali, że nie chce wychodzić, że boi się ludzi, to ona parsknęła śmiechem. Powiedziała: „Ja się boję ludzi? Ja chciałam wychodzić! Przez wiele miesięcy prosiłam poprzednią asystentkę o telefon”. A ta powiedziała Mirelli, że za bardzo nie zna się na telefonach, więc nie będzie mogła go mieć – przywołuje pani Laura.

Mirella wyprowadziła się z domu rodziców

- Kiedy pojawiła się nowa asystentka, to pierwsze, co zrobili, to kupili telefon, założyli abonament, choćby po to, by asystentka mogła się z nią kontaktować – dodaje koleżanka Mirelli.

Przełomem okazało się przejęcie nad Mirellą opieki przez nową asystentkę z miejskiego ośrodka pomocy.

- Nowa asystentka nie dała rodzicom Mirelli wejść sobie na głowę. Udało się chociażby zrobić pranie, wymienić pościel, a nawet powiesić ją na balkonie. Wcześniej Mirella nie mogła dotykać pralki. Wszystko prała ręcznie. Na balkonie nie była przez prawie 30 lat – mówi pani Aleksandra, koleżanka Mirelli.

- Nowa asystentka od razu zarządziła też, że nie ma siedzenia w piżamie. Nie ma czegoś takiego, że Mirella cały dzień spędza w łóżku i w piżamie. Że ona nie jest przecież chora i ma codziennie się przebrać. Dzwoniła do niej i sprawdzała, czy aby na pewno jest już ubrana. Fakt, że wcześniej Mirella nie miała żadnych ubrań – mówi pani Laura.

Mirella nie miała żadnej odzieży i ani jednej pary butów. Nie były potrzebne. Przyjaciółki zabrały ją do sklepu i ubrały, by mogła ponownie przywitać się z otoczeniem.

- Mirella bardzo marzyła o kolczykach, więc w Dzień Dziecka, 1 czerwca, od razu poszła przekuć sobie uszy. Chciała też iść do fryzjera. Wszystko to, co obiecywałyśmy jej jeszcze na etapie szpitala, zaczęło się dziać od momentu pojawienia się nowej asystentki – opowiada pani Laura.

- Dzięki niej mam moje nowe, drugie życie. Prawdopodobnie bez tej asystentki nie podjęłabym decyzji o wyprowadzce – podkreśla Mirella.

W sądzie toczą się dwie sprawy dotyczące Mirelli. O jej przymusowe umieszczenie w domu opieki i ubezwłasnowolnienie. Dziś wydaje się, że radykalne decyzje będą jednak zbędne, bo Mirella, dzięki wsparciu nowej asystentki, zdecydowała się zrobić pierwszy krok ku samodzielności. Przeprowadziła się do nowego domu - specjalistycznego ośrodka wsparcia.

- Mam kontakt z rodzicami. Zaakceptowali to – mówi Mirella.

Wciąż nie ma jednak odpowiedzi na pytanie, co się stało, że kobieta przez 27 lat nie wychodziła z domu.

- Nie ma na to pytanie odpowiedzi i nikomu nie przedstawiono żadnych zarzutów. Rodzice w ogóle nie zostali przesłuchani – mówi pani Aleksandra.

- Jak próbujemy delikatnie zapytać o to Mirellę, to bardzo szybko zmienia temat. Wydaje mi się, że teraz jest to kwestia terapii. Na ten moment jest szczęśliwa w ośrodku – mówi pani Laura.

- Na każdym kroku utwierdzam się w tym, że pod każdym względem dobrze zrobiłam. Cieszę się z każdego dnia. Jestem szczęśliwa – kwituje Mirella.