Uwaga!

odcinek 8094

Uwaga!

Podstępem zdobywają klientów. Ale zamiast niskich rachunków, są kredyty

Obiecanych dotacji nie ma, ale są za to gigantyczne kredyty. Kolejna spółka dopuszcza się manipulacji i wprowadza swoich klientów w błąd.

Huczne kongresy, a w ramach nagród dla najlepszych - luksusowe samochody i zagraniczne wycieczki. To system motywacyjny spółki Nasz Prąd S.A.

Za pośrednictwem wędrujących po domach handlowców spółka oferuje sprzedaż fotowoltaiki i magazynów energii. Jej prezesem jest Marcin Frączek. Mężczyzna swoją karierę zaczynał od handlowca sprzedającego odkurzacze.

„Pokusa nadużywania prawdy”

- Zarabiałem między 45 a 60 tysięcy, do 70 w rekordowym miesiącu – opowiada były handlowiec.

- Młodzi ludzie, najczęściej zachęcani bardzo wysokimi prowizjami, stają się królami świata. Więc wtedy pokusa nadużywania rzeczywistości i prawdy jest bardzo wysoka – mówi Maciej Milancej, były współpracownik firmy Nasz Prąd S.A.

Wizyty handlowców okazują się systemową manipulacją, co potwierdzają historie licznej grupy poszkodowanych osób. Wszyscy, z którymi rozmawiamy, to mieszkańcy wsi. Wśród nich schorowany pan Waldemar.

- Teść ciągle mówił, że będzie się wieszał, że on nie wie, co on teraz zrobi. Chciał sprzedawać ziemię, żeby zapłacić kredyt. Panika, strach – mówi pan Jarosław, zięć pana Waldemara.

- Zamontowana fotowoltaika nie działa, kable wiszą. Nie zrobili nic poza montażem tak naprawdę atrapy. Stoi to tak 1,5 roku – pokazuje pan Jarosław.

- Jak przeczytałem umowę teścia, to złapałem się za głowę. Okazało się, że został wzięty kredyt, a łączna kwota to ponad 70 tys. zł, bo policzyli odsetki – dodaje mężczyzna.

Kolejną naszą bohaterką jest pani Katarzyna.

- Magazyn energii miał zmniejszyć, a właściwie wyzerować, moje rachunki za prąd – mówi kobieta.

Nasza rozmówczyni na dachu ma zamontowane panele fotowoltaiczne, jak mówi, i one, i magazyn energii nie działają.

Szkolenia handlowców

Dotarliśmy do nagrań ze szkoleń handlowców pracujących dla spółki Nasz Prąd na podstawie umów agencyjnych. Ich zapis wskazuje, że sprzedawcy od progu mają udawać kogoś, kim nie są.

„Jesteśmy audytorami instalacji fotowoltaicznych. Sprawdzamy poprawność działania tych instalacji. Pod takim pretekstem wchodzimy do domu. Jeśli zbudujecie problem, rozdłubiecie strupa, k…, i będzie go to piekło i będzie czuł, że musi to zrobić, to zapłaci każdą cenę”, słyszymy na nagraniu.

Ofiarami podstępu stali się m.in. niepełnosprawna Diana i jej rodzice.

- Usłyszałam, że chodzi o ankietę – opowiada Diana.

- My nie jesteśmy z Naszego Prądu, nie jesteśmy z firmy, nie jesteśmy, żeby nic sprzedać, tylko jesteśmy z Agencji Kontroli Sieci Przesyłowej, żeby zweryfikować, czy państwa instalacja działa prawidłowo – opowiada o metodach działania Maciej Milancej.

- Ten człowiek straszył nas, że może dojść u nas do pożaru. Zaradzić miał magazyn energii – opowiada pan Piotr, ojciec Diany.

- W ogóle powiedział, że odłączą prąd przez to, że jest wszystko źle zrobione – dodaje pani Anna, siostra pani Diany.

O komentarz w sprawie tych nieuczciwych praktyk poprosiliśmy prezesa zarządu. Ten jednak nie zgodził się na spotkanie z naszą reporterką. Do rozmowy przed kamerą wyznaczony został jeden z dyrektorów.

- Kto wykonuje te szkolenia? Na pewno nie Nasz Prąd – stwierdza Dariusz Kołodziejski, dyrektor operacyjny Nasz Prąd S.A.

To, do czego zachęca sam pan prezes, to fikcyjny telefon do dyrektora – jedna z wielu metod socjotechniki, regularnie stosowana przez handlowców. Klient ma poczuć, że sprzedawca bohatersko rozwiązuje jego problem, wstawiając się za nim u samego kierownika.

- Chodzi o to, że klient się jakimś cudem załapał na ostatnie dwa miejsca ze zniżką 2, 3, 5 tys. złotych, ale za decyzję tu i teraz – tłumaczy były handlowiec.

Kto wówczas jest po drugiej stronie słuchawki?

- Handlowiec – usłyszeliśmy od byłego handlowca.

O tak zwany "telefon do dyrektora" zapytaliśmy przedstawiciela firmy Nasz Prąd.

- Do mnie nikt nie dzwonił – stwierdza Dariusz Kołodziejski. I dodaje: - Wydam odpowiednie dyspozycje, żeby mi zweryfikowano co dziesiątą czy co czterdziestą rozmowę, czy taki wątek się pojawia.

Dotacje, których nie ma?

Klienci spółki Nasz Prąd są najczęściej kuszeni wysokimi dotacjami. Nawet wówczas, gdy żaden z programów dotacyjnych nie funkcjonuje.

- Na szkoleniach organizowanych przez firmę dalej handlowcy są szkoleni obiecywania dotacji, których de facto w tym momencie nie ma – podkreśla były handlowiec, z którym rozmawialiśmy.

Ceny oferowane przez firmę są kilkukrotnie wyższe niż ceny rynkowe. Równie wysokie są zaciągane dla klientów kredyty.

- Byliśmy w stanie wziąć nawet cztery kredyty na klienta. Bank po zawarciu umowy kredytowej ma określony czas na wpisanie tego do tak zwanego BIK-u i tak dalej. Natomiast jeżeli zrobimy to w tym samym momencie, to następny bank nie widzi, że klient właśnie trzy minuty temu wziął inny kredyt. Natomiast my, jako handlowcy, mieliśmy za zadanie wypełnić wniosek kredytowy, podpisać go razem z klientem, wysłać to do działu kredytowego spółki „Nasz Prąd”. Tego byliśmy uczeni. A dział kredytowy podlega bezpośrednio pod spółkę, to są pracownicy spółki. Nie wierzę, że zarząd nie wie o tego typu sytuacjach – mówi były handlowiec.

- My nie rozmawiamy z klientem, rozmawiają agenci. Każde nieprawidłowe zachowania agenta wypalę gorącym żelazem. (…) Nie zezwalamy na tego typu praktyki. Każda osoba, która czuje się pokrzywdzona przez „Nasz Prąd” może zadzwonić, napisać maila czy m.in. zgłosić się do programu. Każdym przypadkiem zajmiemy się indywidualnie – stwierdza Dariusz Kołodziejski.

- Dzwoniłem do dyrektora regionalnego spółki Nasz Prąd w Warszawie, mówiąc mu, że chcielibyśmy w jakiś sposób rozwiązać tę umowę. Że Waldek nie wiedział, że bierze kredyt. Usłyszałem jedynie, że nad tą umową pracował cały sztab prawników i ona jest nie do przebicia. Jak chcemy, możemy sobie próbować – przytacza pan Jarosław, zięć pana Waldemara.

- Mamy dziurawe prawo, które pozwala na takie rzeczy, a oni to wykorzystują – dodaje mężczyzna.

- Nad każdym przypadkiem, który otrzymam, pochylę się osobiście i zrekompensuje „krzywdę”, której doznały te osoby – deklaruje Dariusz Kołodziejski.