Jak co dzień wracała do domu rowerem, ale do niego nie dojechała. Co stało się z Jowitą Zielińską?
Jowita Zielińska zaginęła dwa lata temu. Jak co dzień wracała rowerem z pracy, ale nigdy nie dotarła do domu. Nagle, w sprawie nastąpił zwrot. Dwóch młodych grzybiarzy natknęło się na szczątki, które zakopane były bardzo blisko domu, w którym mieszkała z teściami. Co wydarzyło się z panią Jowitą?
Szczątki Jowity Zielińskiej odnaleziono
To jedno z najbardziej zastanawiających i tajemniczych zaginięć ostatnich lat w Polsce. 30-letniej Jowity szukały wojsko, policja, rodzina i sąsiedzi. Zastanawiano się, co mogło się wydarzyć z młodą kobietą i dlaczego nagle zniknęła bez śladu.
Po dwóch latach dwaj mężczyźni, kilkaset metrów od domu, w którym mieszkała, dokonali makabrycznego odkrycia.
Tuż po zaginięciu Jowity przeczesano kilkaset hektarów lasu. Dlaczego na jej ślad trafiono dopiero teraz? Bracia Kacper i Krzysztof mieszkają kilkanaście kilometrów stąd. Słyszeli o sprawie, dlatego znalezisko potraktowali poważnie.
- Pojechaliśmy na grzyby. No i brat się natknął na kość, która leżała na ziemi – opowiada Kacper.
- Była wyciągnięta przez coś i leżała z boku. Jak szliśmy do samochodu, to znaleźliśmy jeszcze dwie. Pewnie zostały wykopane przez jakieś zwierzęta – uważa Krzysztof, drugi z braci. I dodaje: - Pierwsza to była kość udowa, następnie była kość strzałkowa i kość piszczelowa, a z dołu wystawała miednica czy biodro.
Bracia mówią, że od lat jeżdżą na grzyby w to samo miejsce. Wcześniej nie zauważyli nic niepokojącego.
- Wiedzieliśmy, że Jowita Zielińska zaginęła dwa lata temu. Od razu pomyśleliśmy, że to ona – mówi Kacper.
- To było blisko jej domu, więc to by się łączyło. Od razu pojechaliśmy zgłosić to na komendę. Policjanci przyjechali i zaczęli kopać, żeby mieć pewność, że to są szczątki ludzkie. Odkopali, zobaczyli stanik i my nic więcej już nie widzieliśmy – opowiada Krzysztof.
Nieoficjalnie wiadomo, że wraz ze szczątkami znaleziono naszyjnik i medalik z literą imienia męża kobiety oraz pierścionek. Po kilku tygodniach śledczy potwierdzili zgodność genetyczną - szczątki należą do Jowity Zielińskiej.
- Mam nadzieję, że dzięki pracy funkcjonariuszy, zabezpieczonym dowodom i przeprowadzonym czynnościom, możliwe będzie zrekonstruowanie wydarzeń, udzielenie odpowiedzi na pytanie, co się wydarzyło. Wersje śledcze na pewno będą różne, bo tak dzieje się we wszystkich śledztwach trudnych i skomplikowanych. A właśnie z takim mamy tutaj do czynienia - mówi Małgorzata Kręcicka z Prokuratury Okręgowej we Włocławku.
Jowita Zielińska zginęła wracając z pracy
Jowita miała opinię skromnej i porządnej dziewczyny. Pochodziła z Lubelszczyzny. Po maturze wyjeżdżała do pracy w Holandii. Przez internet poznała Adama. Zakochali się w sobie i zamieszkali u
jego rodziców w okolicach Rypina. Niespełna rok po ślubie mężczyzna zmarł, a Jowita została u teściów.
Docieramy do świadka, który w dniu zaginięcia widział kobietę, gdy mijała jego dom.
- Pamiętam, że tego dnia był upał i wiał wiatr, bo Jowita jechała pod wiatr. Miała jakieś siatki na bagażniku z przodu roweru – mówi mężczyzna, który jako jeden z ostatnich widział panią Jowitę w dniu jej zaginięcia.
- Bardzo przykra sytuacja, to jest nie do pomyślenia, że człowiek w biały dzień zniknął – dodaje.
- Z jeden strony ucieszyłem się, że się znalazła, ale z drugiej to jednak przykro. No i strach jest cały czas – przyznaje mężczyzna.
Mieszkańcy okolic Rypina są wstrząśnięci odkryciem, lecz nie chcą wydawać pochopnych sądów. Sprawa jest tajemnicza, a służby oszczędnie udzielają informacji.
- Znałem Jowitę, nie wiedziałem, co działo się z nią zanim przyjechała tutaj i jakie miała życie, ale gdy już zamieszkała, to wiedziałem. Jej męża znałem z kolei bardzo dobrze. Był bardzo dobrym człowiekiem. Jego życie też skończyło się tragicznie, bo zmarł na raka – opowiada.
- Adam i Jowita byli ze sobą zżyci. Bardzo się kochali. Po jego śmierci nie raz widziałem, jak siedzi na jego grobie i z nim rozmawia. To jest taka prawdziwa więź. Tego nie da się udawać, to widać – mówi znajomy pary.
„Nie raz przyjeżdżała smutna, zapłakana”
Po śmierci męża Jowita pracowała jako ekspedientka w zamkniętym już sklepie mięsnym w Rypinie. Klienci dobrze ją pamiętają.
- Spokojna, cicha. Raczej nie gadała z ludźmi, tylko jak ktoś chciał coś kupić. Znajomych raczej nie miała – mówi pan Zbigniew, mieszkaniec Rypina.
- Ona zawsze była smutna, zamyślona – dodaje mężczyzna.
- W porządku dziewczyna, uprzejma i bardzo pracowita. Ani chwili nie usiedziała, a to okno umyła, a to posprzątała na stanowisku, a to cały sklep wysprzątała – opowiada pan Andrzej, mieszkaniec Rypina.
- Po śmierci męża mówiła, że trochę jej dokuczają. Chciała wynająć sobie mieszkanie tutaj. (…) Nie raz przyjeżdżała smutna, zapłakana, ale nigdy nie chciała mówić, co się stało – dodaje pan Andrzej.
Co działo się w domu teściów Jowity Zielińskiej?
Docieramy do osoby z bliskiego otoczenia rodziny męża Jowity.
- Udawali, że to jest strasznie kochająca rodzina, ale chyba tak nie było. Jak ten syn żył, to było jako tako. Syn umarł, oni sobie jechali samochodem, a ona rowerem – opowiada mężczyzna.
- Sama sobie musiała gotować. Wracała z pracy, był naszykowany obiad dla siedmiu osób, a dla niej nie było – dodaje.
Jak pod jednym dachem żyło się Jowicie i rodzinie jej męża po jego śmierci? Nasz reporter próbował spytać o to teściów kobiety.
- Ja nie będę rozmawiała z panem. Proszę odjechać, bo zaraz policja przyjedzie – usłyszał nasz reporter.
Co wydarzyło się z Jowitą Zielińską?
Po zaginięciu Jowity w poszukiwania zaangażowano policjantów, strażaków, przewodników z psami tropiącymi, operatorów dronów i mieszkańców okolicy. Przeszukiwano lasy, pola i zbiorniki wodne.
- Zależało mi, żeby to było sprawdzone bardzo dokładnie. Wręcz sprawdziliśmy akwen trzy razy, a potem jeszcze raz, na wszelki wypadek - mówi Maciej Rokus z Grupy Specjalnej Płetwonurków RP oraz biegły sądowy w zakresie poszukiwań osób zaginionych.
Powołany w sprawie biegły wskazuje na istotne elementy, które pojawiły się w trakcie śledztwa. Miesiąc po zaginięciu w lesie niedaleko sąsiedniej miejscowości, znaleziono rower kobiety. Co ciekawe, w nienaruszonym stanie. Nie było na nim żadnych śladów biologicznych - nawet Jowity.
- Rower znaleziono kilka kilometrów od domu, nie była to jakaś ogromna odległość, ale… Na pewno nie tam, gdzie ostatni raz widziano Jowitę. To miejsce było rozbieżne z drogą, którą kobieta zawsze wracała. Musiałaby jechać zupełnie inaczej, co jest absolutnie nielogiczne – mówi Maciej Rokus.
- W mojej ocenie ewidentnie komuś zależało, żeby zbudować taką narrację do tego zaginięcia, że Jowita Zielińska z własnej woli opuściła miejsce zamieszkania i wyjechała jedynie w sobie znanym kierunku. I udałoby się osiągnąć ten cel, gdyby nie grzybiarze, który natrafili na zakopane ciało – uważa biegły.
Kilka kilometrów dalej odnaleziono ubrania Jowity.
Po ujawnieniu szczątków kobiety prokuratura wspólnie z policją na nowo rozpoczęła przesłuchania osób, które mogą mieć związek z jej śmiercią. Nieznane są na razie wyniki sekcji zwłok, dlatego nie wiadomo, w którym kierunku prowadzone będzie postępowanie.
- W moim odczuciu to nie jest przypadkowa osoba. To jest ktoś, kto znał teren bardzo dobrze. Ktoś, kto w krótkim czasie realizował całość tego, co wydarzyło się i co wiąże się ze śmiercią pani Jowity Zielińskiej – mówi Maciej Rokus.
- Przede wszystkim to rozrzucenie dowodów: ubrania w jednym miejscu, rower gdzieś indziej, a ciało jak najbliżej pewnego bezpiecznego dla kogoś miejsca. Kogoś, kto czuł się tam na tyle swobodnie, że wiedział, że w krótkim czasie będzie w stanie wykopać dół, wrzucić tam człowieka, a potem zakopać – zwr