Wstrząsająca relacja pasażerek autobusu, który staranował tramwaj, samochody i skończył w przejściu podziemnym. „Jechaliśmy po śmierć”
Staranował tramwaj, samochody - po czym zakończył rajd w przejściu podziemnym. Rozmawialiśmy z pasażerkami autobusu, które o tym co przeżyły, mówią wprost: „Jechaliśmy po śmierć”.
O tym, co działo się w autobusie linii 186, opowiedziała nam m.in. pani Monika.
- Mam wrażenie, że kierowca cały czas jechał brzegiem jezdni. Rzucało autobusem. Chciałam podejść i zapytać, czy ma świadomość, że nie wiezie ziemniaków na targ, tylko ludzi – opowiada kobieta.
- Nagle poczułam wstrząs, podskoczyliśmy, zarzuciło nami. Okazało się, że kierowca uderzył w słup i zerwał lusterko – dodaje pani Monika.
Znaleźliśmy latarnię, w którą uderzył autobus linii 186. Wciąż widać na niej ślady uderzenia.
Relacje pasażerów autobusu 186
To był moment, w którym pasażerowie poczuli, że kierowca nie panuje nad pojazdem, opowiada nam druga pasażerka autobusu.
- Wtedy też pasażerowie zaczęli coraz głośniej reagować. Krzyczeli: „Co pan robi, co się dzieje?”. On już w tym momencie dojeżdżał do przystanku Banacha, zatrzymał się – mówi nasza rozmówczyni.
- Na tym przystanku sytuacja by się skończyła i uszkodzone byłoby tylko lusterko. Ten człowiek powinien zgasić silnik i powiedzieć pozostałym pasażerom, żeby wysiedli – podkreśla pani Monika
- Usłyszałam zdanie: „Wysadzę państwa na następnym przystanku”. I w tym momencie zamknął drzwi. Pomyślałam, że nie mogę dalej już tak jechać, ale już nie mogłam wysiąść – opowiada druga pasażerka.
- Zaczęłam krzyczeć, kopać w jego drzwi, on wykonał bardzo gwałtowny manewr skrętu w prawo. Uderzył w znak. Myślałam, że to już jest koniec, że wytraci prędkość i będziemy mogli uciec. Ale nie, cały czas krzyczeliśmy: „Wypuść nas, wypuść nas!”. Na skrzyżowaniu uderzyliśmy w tramwaj – relacjonuje pani Monika.
- Jechałam tramwajem z pętli Banacha i usłyszałam huk. Spojrzałam w prawo i zobaczyłam autobus, który taranuje całe pobocze, różne barierki, bloki betonowe, tymczasową sygnalizację świetlną. On w to wszystko wjeżdżał, nie zwalniał, co było bardzo zadziwiające – podkreśla pasażerka tramwaju.
- Cały czas na coś wpadaliśmy. Jechaliśmy zamknięci, jakby w jakiejś puszce. Jak o tym myślę, to najbardziej przeraża mnie sytuacja, gdzie słyszę pełny gaz, a my mijamy kolejne ulice, mamy kolejne stłuczki – coś wali z lewej i z prawej, z góry, z dołu, a my nie zatrzymujemy się – opowiada jedna z pasażerek.
Rajd zakończył się w przejściu podziemnym
Autobus przejechał ponad półtora kilometra, trwało to kilka minut. Przez ten czas pojazd pokonał trzy skrzyżowania, przejeżdżając je głównie na czerwonych światłach.
- Jak tylko się zatrzymaliśmy zaczęłam krzyczeć, inni też krzyczeli: „Uciekajmy!”. I wszyscy zaczęliśmy wydostawać się przez wybitą szybę. Poczułam, jak krew leci mi z głowy, bo była porozcinana przez szkło – mówi pani Monika.
- Wiemy dziś, i to nie ulega wątpliwości, że kierowca miał problem z faktyczną kontrolą nad pojazdem już na poziomie ulicy Banacha. I ta droga i następstwa, czyli szereg zdarzeń drogowych, uszkodzonych pojazdów, prowadziła aż do rejonu Ronda Zesłańców Syberyjskich. Pojazdów uszkodzonych było 14. Były osoby ranne, jedna została hospitalizowana – mówi podkom. Jacek Wiśniewski, rzecznik prasowy Komendanta Stołecznego Policji.
Dlaczego doszło do wypadku? Tego do tej pory nie wyjaśniono. W przestrzeni publicznej pojawiły się teorie o tym, że autobus uległ awarii, ale do tej pory nikt nie potwierdził tych przypuszczeń.
Jedno już wiadomo: kierowca tego autobusu złamał procedury, jak mówią nam inni kierowcy po tym, jak stracił lusterko nie powinien jechać dalej.
- Nie powinien jechać. Zgłasza się coś takiego na centralę i przyjeżdża nadzór ruchu i tak dalej. Jest na to cała procedura – usłyszeliśmy od naszego rozmówcy.
Ekspert: Zachowanie kierowcy było nielogiczne
Ekspert, z którym rozmawialiśmy, podkreśla, że bez dokładnych badań kierowcy nie można jednoznacznie stwierdzić, czy przyczyną była awaria autobusu, czy zawinił człowiek. Ale mówi nam, że zachowanie kierowcy było nielogiczne.
- Jak na chłodno analizuje się całą sytuację, to tam są same paradoksy. Już początek zachowania kierowcy, gdzie urwał lusterko, potem te wszystkie zachowania, które są przez niego ignorowane, ignorowanie pasażerów, świadczą, że może stracił zupełnie zimną krew i zaczął się zachowywać irracjonalnie w stanie paniki, lęku panicznego, co też jest zjawiskiem powszechnym w takich sytuacjach – mówi dr Wojciech Korchut, psycholog transportu.
Stanowisko MZA
Prezesa MZA zapytaliśmy, dlaczego kierowca autobusu nie zakończył jazdy po utracie lusterka.
- To nie jest standardowe postępowanie kierowcy, bo wiedząc, że ma już uszkodzenia, nie powinien kontynuować jazdy. Powinien zatrzymać się i poczekać na służby techniczne – przyznaje Jan Kuźmiński, prezes zarządu Miejskich Zakładów Autobusowych w Warszawie.
Czy podczas kursu zawinił człowiek czy doszło do awarii?
- Nie wiem. Jeśli chodzi o kierowcę, to miał wszelkie przeszkolenia i badania – zapewnia Jan Kuźmiński. I dodaje: - Po uderzeniu w przejściu podziemnym, kierowca zadzwonił do naszej centrali ruchu i powiedział, że miał awarię hamulców i że będzie potrzebnych kilka karetek. Dziwne tylko jest, że nawet jakby była usterka techniczna, to jest kilka metod zatrzymania autobusu, a nie przyspieszenia go i rozpędzania do dużej prędkości.
- W autobusie dwa miesiące temu wymieniany był silnik, pojazd był w pełni sprawny. Poprzedni kierowca składał już zeznanie na policji, że nic się z nim nie działo, że było wszystko w porządku. A dlaczego tak się wydarzyło, myślę, że za kilka dni będziemy mądrzejsi – stwierdza prezes MZA.
Ci, którzy jechali autobusem zarzucają Miejskim Zakładom Autobusowym brak pomocy psychologicznej bezpośrednio po wypadku. Informacja na ten temat pojawiła się na stronie MZA dopiero kilka dni po zdarzeniu.
- Zostaliśmy pozostawieni w bezsilności, bezradności, ze swoimi lękami. Nie było wyciągniętej ręki – ubolewa pani Monika.
- Najpierw chcieliśmy udzielić pomocy psychologicznej kierowcy, później nasz zespół ustalił, że ogłosimy, że kto ma ochotę, może zgłosić się i podaliśmy telefony do psychologa online, ewentualnie na spotkanie. Gdyby ktoś chciał, to my to będziemy wszystko refundować – deklaruje Jan Kuźmiński.
- To, że nam się nic nie stało, myślę, że zawdzięczamy olbrzymiemu szczęściu, a na pewno nie temu człowiekowi – mówi pani Monika.