Uwaga!

odcinek 7480

Uwaga!

Akty wandalizmu, obrzucanie jajkami, oblewanie farbą i ropą, podpalenie budynku i dwa spalone samochody. To szereg tragedii, które spotkały dwóch młodych przedsiębiorców z Ustki, właścicieli jednego z tamtejszych bistro. Kto chce zaszkodzić młodym restauratorom?

- Obudziliśmy się w nocy około trzeciej, ponieważ usłyszeliśmy głośny huk. Okazało się, że płonie nasze auto. Dostawcze, dzięki któremu zaopatrywaliśmy naszą gastronomię w produkty – opowiada pan Dawid.

- Był potężny, wielki płomień, wysoki na kilka metrów. Auto wybuchało, podskakiwało – dodaje pan Kamil.

Do różnych ataków, dochodzi od trzech lat, od kiedy Kamil Fabisiak i Dawid Skrzypiec prowadzą restaurację.

W restauracji pojawił się detektyw

- Pierwszą sytuacją, kiedy zapaliła mi się czerwona lampka, była sytuacja, kiedy przyszło małżeństwo i wypytywało się o wszystko: co my tutaj mamy, skąd to mamy, jak to robimy, jak przyrządzamy dane potrawy. Niestety, po paru dniach okazało się, że to był detektyw. Jak sam powiedział, działał na zlecenie osób, z którymi wcześniej współpracowałem, a jego zadaniem było badanie „plagiatu” – opowiada pan Dawid.

Mężczyzna od 16. roku życia pracował w jednej z restauracji w Ustce. Po kilku latach odszedł, żeby spełnić swoje marzenie o własnym lokalu.

- Stosunki w momencie rozstania były zdumiewająco dobre, bo podano mi rękę, podziękowano za pracę, za tyle lat. Odszedłem bez żadnego żalu, bez kłótni i awantur – opowiada.

Chcąc wyjaśnić sprawę, Dawid Skrzypiec próbował SMS-owo skontaktować się ze swoimi byłymi pracodawcami. Wtedy jeden z nich, niespodziewanie odwiedził go w bistro. Poprosił, żeby wyszli przed lokal. Tam miał popchnąć młodego restauratora i grozić, że go zniszczy.

- Ten człowiek jest nieobliczalny. (…) Myślę, że to miało nas zastraszyć – uważa pani Beata, matka pana Kamila.

- Trzy ostatnie lata, które miały być spełnieniem naszych marzeń, okazały się koszmarem. Koszmarem, który narastał z każdym miesiącem prowadzenia naszej działalności – mówi pan Kamil.

Sprawa o plagiat?

Od sytuacji z popchnięciem rozpoczęła się batalia w sądzie. Ta, przede wszystkim dotyczy ukarania sprawcy. Ale to nie wszystko, druga strona również składa szereg zawiadomień przeciwko obu właścicielom bistro, między innymi o plagiat.

- W pozwie znalazła się np. chochla, którą rzekomo skopiowaliśmy od mojego byłego pracodawcy – mówi pan Dawid.

- Wydaje mi się, że to jest produkt, który jest stosowany w każdej gastronomii w Polsce czy za granicą, więc nie wiem, jak jedna restauracja na całym świecie może mieć prawo wyłączności do użytkowania takiej chochli – dodaje pan Kamil.

W sądzie pojawiły się kolejne zawiadomienia ze strony byłych pracodawców Dawida - o zniesławienie czy znieważenie. Pan Kamil i pan Dawid uczestniczą w rozprawach nawet kilka razy w miesiącu.

Równocześnie cały czas są ofiarami ataków. Jak zwracają uwagę, terminy rozpraw często zbiegają się w czasie z aktami wandalizmu.

- Dochodziło do bardzo dziwnych zbiegów okoliczności. 11 października mieliśmy posiedzenie na godzinę 9. Tego dnia najpierw dostaliśmy telefon od mamy, że jej auta zostały czymś oblane. Wybiegliśmy szybko z domu, patrzymy, a na drzwiach do mieszkania jest napis sprejem „C…”. Gdy zeszliśmy na dół, zobaczyliśmy, że drzwi od klatki też są pomazane – opowiada pan Dawid.

- Kolejnego dnia jest powtórka z rozrywki. Tego dnia też mamy rozprawę z moim byłym pracodawcą. Przyjechaliśmy pod bistro, a całe bistro jest obrzucone jajkami – kontynuuje restaurator i dodaje: - Ale to, co jest najgorsze, wydarzyło się 16 listopada 2023 roku. Wtedy, kiedy Kamil ma mieć pierwszą rozprawę, dochodzi rano do podpalenia jaguara.

Kolejne incydenty miały miejsce na początku maja 2024 roku.

- 6 i 7 maja jesteśmy na sali sądowej z moim byłym pracodawcą, który jest oskarżony o naruszenie mojej nietykalności cielesnej, a 8 maja mamy bistro oblane farbą olejną koloru czerwonego. 9 maja, w rocznicę otwarcia, spłonął nasz dostawczy czerwony ford. 18 maja płonął nasz pensjonat – wylicza mężczyzna.

Byli pracodawcy nie chcą komentować

Nasza reporterka próbowała skontaktować się z byłymi pracodawcami pana Dawida. Jednego z nich spotkaliśmy w sądzie. Z drugim skontaktowaliśmy się telefonicznie.

- Nie będziemy się do tego odnosić. (…) Sąd będzie oceniał. Natomiast my nie będziemy udzielać na pewno żadnych wywiadów, żadnych komentarzy – powiedziała nam pełnomocniczka jednego z właścicieli.

- [Batalie sądowe – przyp. red.] są spowodowane działaniami drugiej strony. (…) Ja nie mam przyjemności z panią rozmawiać. Proszę się kontaktować z naszą kancelarią prawną – oświadczył drugi właściciel.

Internauci rozpoznali sprawców?

Restauratorzy udostępnili post na Facebooku, dzięki któremu internauci rozpoznali prawdopodobnego sprawcę czterech ostatnich ataków. Materiały te dostarczyli policji.

- Weryfikujemy informacje, które dotarły do nas, również od poszkodowanych. Natomiast obecnie te informacje, które otrzymaliśmy, nie potwierdzają się. (…) Monitoring został przepuszczony przez specjalny system, żeby wyostrzyć jego jakość. Natomiast na tej podstawie w dalszym ciągu nie ma tam informacji, która przybliżyłaby ustalenie tożsamości

tej osoby – tłumaczy mł. asp. Jakub Bagiński, oficer prasowy Komendanta Miejskiego Policji w Słupsku.

Dlaczego sprawy w sądzie są umarzane?

Dawid Skrzypiec i Kamil Fabisiak nie mogą pogodzić się z tym, że większość spraw dotyczących ataków, których są ofiarami, została umorzona. W toku są jedynie sprawy podpaleń z maja tego roku.

- Ciężko mi podać konkretną liczbę [umorzonych spraw – przyp. red.]. Większość tych postępowań zostało umorzonych z uwagi na niewykrycie sprawcy przestępstwa – mówi prok. Lech Budnik z Prokuratury Rejonowej w Słupsku.

Dlaczego to poszkodowani musieli dostarczać materiał dowodowy?

- Pokrzywdzeni są stronami postępowania. Strony postępowania mają inicjatywę dowodową. Zachęcam strony postępowania do aktywnego uczestnictwa w postępowaniu, w dochodzeniu – stwierdza prok. Budnik.

Pan Dawid i pan Kamil oraz ich rodziny żyją w ciągłym strachu.

- Bardzo się boję, że coś im się stanie. Nie wiem, czy my za chwilę nie będziemy mieć spalonych aut czy czegokolwiek innego. Człowiek żyje z dnia na dzień. Sytuacja jest ciężka – mówi pani Edyta, matka pana Dawida.

- Czekamy, co będzie dalej. Czy znowu musi dojść do jakiejś dużej tragedii, w której ucierpią inne osoby? Czy może po prostu tak nam utrudnią dojście na salę sądową, że my tam już nigdy nie przyjdziemy, tylko wyjedziemy w czarnym worku? – k