Uwaga!

odcinek 7471

Uwaga!

Miały trafić do domu dziecka tylko na chwilę. Mija 5 lat, a sąd wciąż nie zdecydował, czy i kiedy wrócą do rodziny. Wracamy do tej poruszającej historii.

Pięć lat temu, zgodnie z postanowieniem sądu rodzinnego, 10-letnie wówczas siostry trafiły do placówki opiekuńczo-wychowawczej. Taka decyzja zapadła ze względu na trwający rozwód rodziców oraz dlatego, że zawieszono matce prawa rodzicielskie, a dziewczynki nie chciały pozostawać pod opieką ojca.

- Dzieci były świadkami przemocy wobec mnie i były też ofiarami przemocy – tłumaczy pani Marta, matka dziewczynek. I dodaje: - One się panicznie boją, że znowu trafią do piekła, z którego uciekłyśmy.

Podczas toczącej się sprawy rozwodowej sąd orzekł, że opiekę nad dziećmi ma przejąć ojciec, bo matce zakazano kontaktów z córkami.

- Pani psycholog i pedagog wpisały, że są u mnie przeciwskazania do opieki nad dziećmi. Napisali, że mogą u mnie wystąpić omamy wzrokowe i słuchowe. Leczyłam się, byłam pod opieką lekarza, który wystawił opinię, że nie ma przeciwskazań do opieki nad dziećmi – mówi pani Marta.

- Pierwsza opinia kuratora środowiskowego mówiła, że dziewczynki nie są gotowe na kontakty z ojcem, z powodu przemocy i nadużywania alkoholu. W tej opinii nie ma w ogóle wzmianki o tym dokumencie – zaznacza kobieta.

Psychiatra zalecał kontakt z matką

Dzieci bardzo przeżywają rozłąkę z bliskimi. Ich cierpienie potęguje zakaz kontaktów z matką. W placówce opiekuńczo-wychowawczej dziewczynki trafiły pod opiekę psychiatry, który zalecał kontakt z matką. Ale sąd uznał, że ulgę w kryzysie emocjonalnym dziewczynkom miała przynieść terapia.

- Stan psychiczny dziewczynek, mimo że jest wsparty wieloma specjalistami, jest bardzo trudny – mówiła kilka miesięcy temu Elżbieta Chełkowska, dyrektor Centrum Wspierania Rodzin „Swoboda” w Poznaniu.

Widzenia dziewczynek z babcią

Aż dwa lata - tyle dziewczynki czekały w placówce opiekuńczo-wychowawczej, by móc spotykać się z babcią. Sąd zdecydował, że mają być to spotkania na terenie placówki.

Dziś dziewczynki mają piętnaście lat. Liczyły, że tegoroczną Wielkanoc spędzą i z babcią, i z mamą. Gdy okazało się, że to niemożliwe, siostry uciekły z placówki.

- Chciały przyjść do mamy i się przytulić – tłumaczy pani Krystyna, babcia dziewczynek.

W końcu doszło do spotkania.

- Dziewczynki płakały i ja płakałam, ze szczęścia, bo prawie po pięciu latach przytuliłam moje dzieci – mówi pani Marta. I dodaje: - Były małe, a teraz są już takie duże. Bardzo się tuliły, a jak już się wytuliły, to tuliły kotki.

Kiedy po dziewczynki przyszły służby, te nie chciały same opuścić rodzinnego domu.

- Czułam bezsilność, że nie mogłam uratować moich dzieci przed kolejną traumą, kolejnym cierpieniem i bólem. Nie było z kim rozmawiać – ubolewa pani Marta.

- Dzieci, w akcie desperacji, same podjęły decyzję, że skoro nikt ich nie słucha, sąd ignoruje ich wolę od 4,5 roku, to chciały pokazać to, co chcą – tłumaczy decyzję o ucieczce dziewczynek ich matka.

Powrót do domu dziecka

Po pięciu godzinach spędzonych w domu z mamą i babcią, dzieci w asyście policji wróciły do placówki.

- To wyglądało jakby wyprowadzali przestępców. Na początku myślałam, że stała się tu jakaś tragedia, bo było tak dużo radiowozów – mówi Donata Zaremba, sąsiadka.

- Dziewczynki płakały, nie chciały wyjść. Zabrano im wszystko – kochającą mamę i babcię. Byłam zszokowana, że coś takiego mogło dopaść tę rodzinę. To normalna rodzina, żaden kryminał, żadna patologia ani nawet bieda – mówi Elżbieta Krycka.

Podczas ucieczki z placówki nastolatki próbowały szukać pomocy u Rzecznika Praw Dziecka, do którego zadzwoniły.

- One nie rozumieją, czemu są w placówce. Bardzo za mną tęsknią – mówi pani Marta.

Po sygnałach dotyczących dramatycznej sytuacji nastolatek Rzeczniczka Praw Dziecka zwróciła się do sądu o zobowiązanie uczestników do indywidualnej terapii oraz podjęcia systematycznej współpracy z asystentem rodziny. Rzeczniczka złożyła także wniosek o wysłuchanie dziewczynek, ustalenie stanu emocjonalnego dzieci oraz relacji i więzi z rodzicami.

O sprawie próbowaliśmy rozmawiać z sądem.

- Nie mogę udzielić informacji w tej sprawie. Postępowania mają wyłączoną jawność – mówi Joanna Ciesielska-Borowiec z Sądu Okręgowego w Poznaniu.

Próbowaliśmy też zachęcić skłóconych rodziców do podjęcia mediacji, aby skupić ich uwagę na dobru dzieci.

- Nie podjęliśmy takiej próby, ponieważ nie ma takiej możliwości. Są ludzie, z którymi można rozmawiać i są ludzie, z którymi nie da się rozmawiać – uważa pani Marta.

Czy kobieta zgodziłaby się na spotkanie z mediatorem?

- Oczywiście, że tak – deklaruje.

Zadzwoniliśmy też do prawniczki reprezentująca druga stronę.

- Sytuacja przedstawia się diametralnie inaczej, niż przedstawia państwu matka dzieci. Tu żadnego pola do mediacji nie ma i być nie może – stwierdza pełnomocniczka ojca dziewczynek.

Co dalej z dziewczynkami?

- To jest sytuacja, która w ogóle nie powinna mieć miejsca. Na pewno pomoc społeczna powinna pracować nad tym, żeby szukać jakiegoś innego zaplecza. Mówimy o wujkach, chrzestnych czy dziadkach, którzy też mogą zajmować się dziećmi na czas sporu – zwraca uwagę psychoterapeutka Magdalena Cechnicka z Fundacji Wspierania Rodzin „Korale”.

Czy jest szansa, aby dziewczynki widywały się z mamą i babcią? Do reprezentowania interesów dzieci przed sądem dołączyła kancelaria prawna, która zamierza w końcu doprowadzić sprawy do finału.

- Wydaje się, że w tej sprawie nie doszło do zaktualizowania oceny obecnego stanu i to prawnego, i to faktycznego - mówi adwokat Paweł Gronek. I dodaje: - Chciałbym zwrócić uwagę na dwie kwestie. Po pierwsze, kilka lat temu matce zarzucano, że stosunek córek do ojca i do niej wynika z manipulacji z jej strony. Ale ten stosunek utrzymuje się po pięciu latach, w związku z tym ciężko uwierzyć, że córki ciągle znajdują się pod wpływem tej manipulacji. To nie jest możliwe, żeby przez taki czas ten stan się utrzymywał. Moim zdaniem priorytetem jest umożliwienie dzieciom bezpośredniego kontaktu z mamą.