Uwaga!

odcinek 7387

Uwaga!

Patodeweloperka czy inwestycje w przyszłość? Świeradów-Zdrój - jedno z najbardziej urokliwych uzdrowisk w Polsce, zamienił się w plac budowy. Wielu mieszkańców narzeka, że zmiany dokonują się ich kosztem.

Świeradów jest uzdrowiskiem o wielowiekowej tradycji. Dawne budynki w miasteczku reprezentują heimatstil, czyli styl lokalny.

- W 2007 roku wybudowano w Świeradowie kolej gondolową. Powstały wówczas pierwsze hotele, które były bardzo ciepło przyjęte. Chodziło m.in. o podatki do budżetu gminy. I później to wszystko poleciało – wspomina działacz społeczny Bartosz Kijewski.

Dziś w Świeradów stoi inwestycjami.

- Myśmy byli w Świeradowie zachłanni na wszystkie inwestycje. Tylko, że poszło to w kosmiczną stronę i wyrwało się spod kontroli – uważa Sylwia Błaszczyk, była sekretarz miasta Świeradowa.

Świeradów, czyli miasto przyjazne inwestorom

Położony w malowniczych Górach Izerskich czterotysięczny Świeradów-Zdrój w latach 90. zmagał się z typowymi problemami tamtych czasów: upadkiem dawnego modelu turystyki i brakiem miejsc pracy. Niespełna dwadzieścia lat temu władzę w uzdrowisku objął burmistrz, który wyznaczył nowy kierunek: miasta przyjaznego inwestorom.

- Sprzedałem nieruchomości łącznie, przez 18 lat, za 53 mln zł, a inwestycji za prawie 300 mln – wylicza Roland Marciniak, burmistrz miasta Świeradów-Zdrój.

Gdy burmistrz doprowadził do uruchomienia nowoczesnej stacji narciarskiej, uznał, że kolejnym krokiem powinny być imponujące inwestycje budowlane. Przedstawił wówczas propozycję zmiany miejskiego planu zagospodarowania przestrzennego, w taki sposób, by w okolicy mogły powstawać budynki wysokie na ponad 17 metrów.

Jak wyglądały konsultacje społeczne?

- Konsultacje to jest słowo, które w Świeradowie się nie przyjęło. Burmistrz nie robi żadnych, bo mówi, że nie po to jest burmistrzem, żeby miał się dzielić władzą z mieszkańcami – mówi była sekretarz miasta.

- Debata publiczna wyglądała w ten sposób, że był pan burmistrz, planistka, trzech biznesmenów i ja – przywołuje Bartosz Kijewski.

- Mieszkańcy, co najmniej dwa razy mieli prawo wypowiedzieć się, co do nowych zapisów planu przestrzennego – twierdzi burmistrz Świeradowa. I dodaje: - Tyle osób w tym uczestniczyło, ile chciało wziąć udział.

„Dziejową zmianę przeprowadzono w jeden dzień”

Bartosz Kijewski, działacz społeczny, ekolog i instruktor górski, który od lat sam prowadzi niewielki pensjonat, był wówczas miejskim radnym. Pierwszym, który zwracał uwagę na niebezpieczny kierunek rozwoju.

- Próbowałem protestować. Chciałem, żeby chwilę się wstrzymać, zastanowić, przemyśleć konsekwencje. Radni zakładali i ci starzy, i ci nowi, że burmistrz wie, co robi – jesteśmy za rozwojem i przyklepujemy plan. Dziejową zmianę, której konsekwencje będziemy czuć przynajmniej przez stulecie, przeprowadzono w jeden dzień. Zapisami, że deweloperzy mogą spokojnie budować, co chcą – ubolewa Kijewski.

W ciągu kilku lat Świeradów-Zdrój stał się wielkim placem budowy. Jak grzyby po deszczu zaczęły w mieście wyrastać bloki z apartamentami i olbrzymie hotele.

- Mamy tutaj źródła wód radoczynnych, unikalnych w skali Europy, które są podkopywane i niszczone – zwraca uwagę Kijewski.

- Mieszkania inwestycyjne psują turystykę. To są ulokowane pieniądze kogoś z Warszawy czy Wrocławia, kogoś kto wie, że wartość takiego mieszkania będzie mu rosnąć. Czy on będzie miał klientów czy nie, to jest sprawa drugorzędna – dodaje Kijewski.

- A poza tym okazuje się, że wolno zwyczajnie krzywdzić ludzi, sąsiadów, którzy mieszkają tuż obok – mówi była sekretarz miasta. I zaznacza: - Nie uważam, żeby moje prawo własności czy sąsiadów, którzy mieszkają w „Józefie” koło hotelu, było gorsze niż prawo tych panów.

„Józef” to poniemiecki, zabytkowy klasztor, w którym od lat mieszka dziesięć rodzin. Niedawno, dosłownie przed ich oknami, na sprzedanej m.in. przez miasto działce, wyrósł pięciogwiazdkowy hotel - duma burmistrza.

- Było pięknie, ale się skończyło – żyjemy w ciemności, w ciemności, jakiej wcześniej nigdy nie było. Zawsze mieliśmy słońce i radosne mieszkania, a teraz mamy ciemność – skarży się Anna Tkaczyk, mieszkanka budynku przy ul. Wczasowej i radna Świeradowa. I dodaje: - Zgodnie z planem zagospodarowania przestrzennego, miała powstać zabudowa jednorodzinna, więc mieszkańcy nie bali się, że będzie to coś wielkiego. Myśleliśmy, że jeśli będzie domek jednorodzinny, to najwięcej będzie miał dwa piętra. Po jakimś czasie, jak powiedziałam, że buduje się już powyżej drugiego piętra, to usłyszałam, że on nigdy nie mówił, że to dwa piętra. Że to będzie wysoki budynek. Ma 17 metrów.

Zdaniem burmistrza tak wysoka zabudowa w Świeradowie to bardzo dobry pomysł.

- Jeżeli mieszkańcy w jakiś sposób by zaprotestowali, to na pewno udałoby się to zrobić. Wiedziałem jak będzie wyglądał hotel, ale, że będzie aż tak blisko ul. Wczasowej, to nie wiedziałem – stwierdza burmistrz.

- Jeżeli nikt z mieszkańców, to jest wspólnota mieszkaniowa, nie zaprotestował, to proszę mnie o to nie winić – dodaje Roland Marciniak.

Czy burmistrz nie powinien działać w interesie mieszkańców, a nie dewelopera?

- Jeżeli ten obiekt jest w odległości 100 metrów od kolei gondolowej, to ja chcę, żeby on tam był – mówi Marciniak.

Kolejne inwesycje

Obok mieszkania pani Magdaleny i pana Sebastiana powstać ma apartamentowiec z parkingami podziemnymi.

- O sprawie dowiedzieliśmy się od sąsiada, który dostał powiadomienie ze starostwa. My, dopiero po upomnieniu się, dostaliśmy pismo, że mamy na zapoznanie się ze sprawą aż trzy dni – opowiada Sebastian Przybysz.

- Mieszkanie kupiliśmy w zasadzie dla widoków, dla krajobrazu i spokojnego miejsca. A scenariusz rysuje się teraz tak, że cały ten świat zostanie nam zasłonięty – ubolewa Magdalena Markowska.

- Będziemy mogli zajrzeć do łazienki turystów, a oni do naszej – podejrzewają pani Magda i pan Sebastian.

- Ciekawą rzeczą jest to, że przez wiele lat burmistrz miał wyłączność na sprzedawanie gruntów. Nikogo nie musiał specjalnie pytać o zdanie. Dopiero w tej kadencji rada miasta obudziła się i zwróciła uwagę, że jest coś nie tak i odebrała burmistrzowi te prawa do jednoosobowego decydowania o majątku gminy – opowiada Bartosz Kijewski.

Działka z drogą

Architekt Sławomir Ilski mieszka na obrzeżach Świeradowa-Zdroju. Kiedy dowiedział się, że tuż obok jego domu ma stanąć 7-piętrowy blok, przyjrzał się bliżej metodom działania urzędu miasta.

- Okazało się, że obiekt powstaje m.in. na działce sprzedanej przez gminę, która okazała się drogą. A drogi nie można sprzedać, bo takie są przepisy. Potem sprawdziłem, czy są inne tego typu przypadki, że gmina sprzedała działki, które są drogą. I okazało się, że tak jest – mówi Ilski.

Pan Sławomir prowadzi w mediach społecznościowych grupę, na której informuje o działaniach urzędu miasta. Niedawno spotkała go przykra niespodzianka: nieznani sprawcy podrzucili koło jego domu powieszoną na stryczku lalkę, głowę drugiej wbili na pal.

- Zgłosiłem to na policję, ale oczywiście nic z tego nie wyszło – mówi Ilski.

Burmistrz przekonuje jednak, że kierunek, w którym rozwija się miasto jest prawidłowy.

- Mamy najlepsze przedszkole w Polsce z zewnętrznym placem zabaw. Z salami edukacyjnymi, z salą kinową, teatralną. Dzieciaki w szkole mają bezpłatne zupy, lunche. Są nowe, rozbudowane szkoły. My tego nie przekuwamy w apartamenty tylko w ofertę społeczną – zaznacza.

Zamiast mieszkań dla najuboższych apartamentowiec

Tymczasem przy ul. Grunwaldzkiej miały powstać mieszkania komunalne, ale nie powstały.

- Czekaliśmy na programy rządowe i nie doczekaliśmy się finansowania, sprzedaliśmy działkę – stwierdza Roland Marciniak.

Na kupionej przez dewelopera działce powstał budynek z apartamentami. Burmistrz sprzedał grunt, odcinając od świata mieszkańców sąsiedniego budynku.

- Schody przed naszym domem nie należą do nas. Od miejsca, gdzie ściana wchodzi w ziemię, to działka dewelopera – pokazuje Grzegorz Szulżycki, mieszkaniec budynku przy ul. Grunwaldzkiej.

- Jedyna dojazdowa droga też należy do dewelopera – dodaje jego sąsiad Wojciech Kazimierczuk.

- Stało się to tak, bo burmistrz jest mistrzem świata w sprzedaży gruntów w Świeradowie-Zdroju – denerwuje się pan Grzegorz.

- Nasze mieszkania straciły na wartości. Kto kupi mieszkanie bez drogi dojazdowej? Bez parkingu? Bez dojścia do mieszkania? – pyta pan Wojciech.

Jak sprawę tłumaczył mieszkańcom burmistrz?

- Na początku był atak, że to nasza wina, że myśmy tego nie dopilnowali. W końcu kolega zaczął podejmować kroki prawne i w tym momencie pan burmistrz wymiękł – opowiada Bogusław Furmaniak.

- To rynek decyduje, ja nie jestem bogiem – stwierdza Roland Marciniak.

- Z mieszkańcami się dogadaliśmy. Podpisaliśmy w ‘12 albo ‘13 roku protokół. Jak deweloper odbierze budynki, to się wszystko podzieli – dodaje burmistrz.

Czy burmistrz w ogóle dostrzega mieszkańców, którzy cierpią z powodu jego strategii?

- Nie cierpią. Wszystko robimy dla nich – ucina samorządowiec.