Uwaga!

odcinek 6745

Uwaga!

Bez prądu, ogrzewania i bieżącej wody. Pani Marianna i pan Włodzimierz są współwłaścicielami kamienicy w centrum dużego miasta, ale żyją w opłakanych warunkach. Jak to możliwe?

Marianna i Włodzimierz Kosteccy spędzili w kamienicy przy ul. Składowej w centrum Łodzi niemal całe życie.

- Kamienicę zbudował mój dziadek, który umarł 1932 roku. Mieszkam w tym budynku 70 lat – mówi pani Marianna.

- A ja 51 lat, czyli tyle, ile jesteśmy małżeństwem – dodaje pan Włodzimierz.

- W tym miejscu byłam szczęśliwa. Lokatorzy byli jak rodzina – wspomina kobieta.

- W największym rozkwicie było tutaj 47 mieszkań, czyli mieszkało około 200 osób – wylicza pan Włodzimierz.

W ostatnich latach, w okolicy wyrósł nowoczesny dworzec i drogie apartamentowce, a budynek, w którym mieszkają Kosteccy, stopniowo chylił się ku upadkowi.

- Już 50 lat temu uznano, że kamienica nadaje się do rozbiórki. A żeby się to stało, trzeba wcześniej wyeksmitować wszystkich lokatorów. Dokonano tego, oprócz mnie i żony i małych dzieci. Urząd powiedział: „Kupcie sobie to, jak będziecie chcieli”. I od tej pory urząd nigdy się nami nie interesował – mówi pan Włodzimierz.

Administrujące budynkiem miasto przyznało wszystkim lokatorom inne mieszkania, a zrujnowany dom oddało przedwojennym właścicielom. Problem w tym, że jednym z czterech właścicieli – po dziadku budowniczym – jest właśnie pani Marianna. Właścicielom nowy lokal od miasta się nie należy, więc schorowana rencistka z mężem emerytem zostali w starym mieszkaniu. Państwo Kosteccy przez lata próbowali własnym sumptem utrzymać i naprawiać rozlatujący się budynek. W końcu doszło jednak do katastrofy.

- Byliśmy świadkiem częściowego zawalenia w 2020 roku. I teraz groźba zawalenia kamienicy jest bardzo duża – mówi Bohdan Wielanek, powiatowy inspektor nadzoru budowlanego w Łodzi.

Po katastrofie instytucja wydała zakaz użytkowania kamienicy i nakaz jej opróżnienia, a od budynku odcięto media. Utrzymujący się z emerytury i renty państwo Kosteccy nie mieli jednak dokąd pójść. Mimo braku wody i prądu, zostali w najbardziej oddalonej od miejsca zawalenia części domu.

- Dogrzewamy się butlą gazową. Materac w naszym łóżku jest mokry, wszystko zgniło. Prądu nie ma, ale mamy akumulatory, które przynoszą nam synowie. Tylko, że taki akumulator starcza tylko na chwilę – mówią Kosteccy.

Małżeństwo przekonuje, że z niskich emerytur nie są w stanie ani kupić mieszkania, ani nawet go wynająć.

- Mój mąż zbierał nawet puszki. Był taki moment i nie wstydzimy się tego, żadna praca nie hańbi – mówi pani Marianna.

Kiedy Kosteccy wciąż nie opuszczali walącego się budynku, władze miasta postanowiły jednak go wykupić. Pozostali współwłaściciele, którzy nabyli udziały od reszty spadkobierców, jako inwestycję w atrakcyjny grunt w centrum miasta, zgodzili się na spotkanie w urzędzie.

- Oni byli zainteresowani sprzedażą swoich udziałów, a państwo Kosteccy na początku powiedzieli, że nie są, a potem zaczęli to rozważać. Ale jak już potwierdzili chęć sprzedaży udziałów, to zażądali dwóch dodatkowych mieszkań, a potem zadośćuczynienia w kwocie 1,4 mln zł – mówi Sławomir Granatowski z Urzędu Miasta Łodzi.

Według wyliczonej przez rzeczoznawcę wartości, emeryci mogli dostać ponad 300 tysięcy złotych i kupić za to mieszkanie. Państwo Kosteccy twierdzą jednak, że za doprowadzenie ich mienia przez lata do ruiny, należy im się także odszkodowanie od miasta.

- Ile jest życie warte? Wszyscy spali w cieple, a my tutaj zamarzaliśmy. W urzędach było ciepło, a u nas była lodownia. W sypialni miałam minus 7. Nie mogę tego darować – denerwuje się pani Marianna.

- Mamy swoje lata, jesteśmy doszczętnie zniszczeni – dodaje kobieta.

Gdy pełni poczucia krzywdy emeryci odrzucili ofertę miasta, powstała patowa sytuacja. Życie w kamienicy, która może runąć, jest bardzo niebezpieczne. Każdy kolejny rok, z powodu rosnących kosztów rozbiórki, zmniejsza też szansę na uzyskanie przez państwa Kosteckich jakiegokolwiek lokum.

- Zastanawialiśmy się, w jakim sposób można im pomóc, żeby do nich dotrzeć. Jako biuro rewitalizacji, wielokrotnie z nimi się spotykaliśmy, żeby im pomóc. Wyjaśnić. Żeby jednak przystąpili do negocjacji z miastem. Przepraszam, że to powiem, ale chyba na państwa Kosteckich dość mocno wpłynęła śmierć syna. Myślę, że to był czynnik, który spowodował, że państwo Kosteccy zaczęli zupełnie inaczej myśleć – sugeruje Sławomir Granatowski.

- Nie wiem, czy państwo Kosteccy są świadomi stanu technicznego tego budynku. Nie wiem, czy przywiązanie, czy wartości rodzinne wpływają na to, że zostają, natomiast stwarzają zagrożenie nie tylko dla siebie, ale również dla przechodniów i okolicznych mieszkańców. Jeżeli dajemy decyzję na opróżnienie budynku i chcemy, żeby ludzie dla bezpieczeństwa się wyprowadzili, a oni tego nie robią, to mimo to nie mamy żadnego narzędzia. Bez ich zgody nic nie zrobimy – ubolewa Bohdan Wielanek.

Tymczasem, pozostali współwłaściciele postanowili działać. Nie widząc innego wyjścia, wnieśli do sądu pozew o przymusowy wykup od państwa Kosteckich ich części budynku.

Miejscy urzędnicy wpadli na pomysł, jak, do czasu prawomocnego wyroku, zabezpieczyć los emerytów.

Urzędnicy postanowili – do czasu wyroku i zapłaty pieniędzy przez pozostałych współwłaścicieli – wynająć małżeństwu mieszkanie komunalne. Potem państwo Kosteccy będą musieli kupić lub wynająć własny lokal.

- Przyjmiemy ofertę, jeżeli warunki będą zgodne z naszymi potrzebami. My na to wiele lat czekamy – mówi pan Włodzimierz.