Uwaga!

odcinek 6729

Uwaga!

Przed rosyjską inwazją Mariupol miał blisko pół miliona mieszkańców. Dziś nie przypomina już miasta: zniszczone są domy, instytucje i drogi. Bohaterkom dzisiejszego reportażu udało się uciec, ale to, co widziały już w nich pozostanie.

Olga

Olga, Olena i Natalia są przyjaciółkami. Wszystkie urodziły się w Mariupolu. Po wybuchu wojny udało im się uciec. Każdej w innym czasie, w inny sposób.

- Bardzo bałam się tych wybuchów – przyznaje Olga.

Udało jej się uciec do Polski z nastoletnim synem. Mąż pozostał w Ukrainie. Jej mieszkanie zostało całkowicie zniszczone. W Warszawie włączyła się w pomoc innym uchodźczyniom.

- Może są mocniejsi, bo ludzie chodzili na ulicę gotować na ogniu, ja nie mogłem się zmusić, tak bardzo się bałam. Robiło mi się zimno w środku. Wydawało mi się, że jeżeli wyjdę na ulicę, to zabiją mnie natychmiast - wspomina.

Z jej relacji wynika, że część osób zmagała się z głodem.

- Nie wszyscy mieli zapasy. Nikt nie wiedział, ile to będzie trwało. Ludzie zostawali bez mieszkań, musieli uciekać w tym, co mieli na sobie (…) Gotowali jeden duży garnek bardzo chudej zupy, rozdawali po pięć łyżek dzieciom. I moja przyjaciółka mówiła, że nawet jej rodzice nie jedli, po to, żeby więcej zostało dla dzieci – opowiada.

Olena

Z kolei Olena przed wojną pracowała w lokalnej telewizji. Mariupol opuściła w połowie marca. Mąż pozostał w Ukrainie. Do Warszawy dotarła z dwójką dzieci. Na tę chwilę nie myśli o powrocie do kraju.

- Mieszkaliśmy w jednym miejscu ponad 18 lat, od dnia założenia naszej rodziny. Tam urodziły się nasze dzieci. Tam było wszystko, co zgromadziliśmy przez te lata – wspomina. I dodaje: - Nie myślę o elektronice, ani o samym mieszkaniu, nawet nie myślę o biżuterii, która tam została. Za to bardzo żałuję naszych albumów, zdjęć, nagrań wideo z dziećmi. Miałam wielką kolekcję albumów fotograficznych, często je oglądaliśmy i śmialiśmy się. Teraz tego już nie ma, wszystko zostało spalone. Czuję ból, nawet nie mam łez, żeby płakać i przeżywać to wszystko.

Kobieta przywołała też jedno z ostatnich, traumatycznych przeżyć.

- Był ostrzał i obok mojego bloku spadł pocisk. W tym samym czasie, ze swojego bloku wyszedł chłopak, który chodził do jednej klasy z moją córką. Najpierw dowiedzieliśmy się, że trafił na oddział reanimacyjny, modliliśmy się za niego, wspieraliśmy jego matkę, ale rano dowiedzieliśmy się, że już go nie ma. Zmarł. Moja córka nawet nie płakała, bo nie chciała w to wierzyć – przywołuje Olena.

Natalia

Natalia uciekła z Mariupola jako ostatnia. Samotnie wychowuje dwóch synów. Starszy, pełnoletni, pozostał w kraju. Ona opuściła rodzinne miasto pieszo, niemal w ostatniej chwili. Gdyby została, jak sama twierdzi, nie przeżyłaby rosyjskiej blokady miasta.

- Był 16 marca, kiedy w nasz budynek uderzyły trzy pociski. Zniszczyły dach na naszym piętrze. To był koszmar. Mój młodszy syn drżał, krzyczał, płakał. To był akurat taki dzień, że atakowali naszą dzielnicę. Kiedy było bardzo głośno i niebezpiecznie, chowaliśmy się w korytarzach, w łazience – opowiada.

Kobieta była świadkiem śmierci sąsiadów.

- Gotowali jedzenie przed blokiem i przyleciał pocisk. Nie zdążyli uciec do klatki. Tak jak razem biegli, tak we czwórkę padli martwi i zostali tam. To było przerażające.

Natalia zdecydowała wtedy, by uciekać.

- Powiedziała starszemu synowi: „Musimy coś zrobić, idziemy, bierzemy torby i idziemy gdzieś na piechotę”. A on mówi: „Gdzie my pójdziemy, wszystko wokół wybucha, teraz wyjdziemy i nas rozerwie tak samo jak tych ludzi, którzy gotowali jedzenie!”. Dzięki Bogu, że przyjechali ludzie, którzy nas zabrali. To taki przypadek, jeden na tysiąc – uważa kobieta.

Przyjaciółki-uciekinierki są w Polsce pod opieką fundacji HumanDoc, która od wielu lat współpracuje z ukraińską fundacją Beregina. Ta organizacja od początku wojny pomaga w ewakuacji mieszkańców oblężonego Mariupola.