Uwaga!

odcinek 6674

Uwaga!

Pan Dawid zawiózł swojego ukochanego psa na profesjonalne szkolenie, a po kilku dniach odebrał martwe zwierzę. Psi trener przekonuje, że pies padł nagle, natomiast biegli orzekli, że czworonóg miał wiele urazów wewnętrznych i mógł konać w męczarniach. To nie pierwszy tak dziwny wypadek u tego tresera - emerytowanego policjanta Marka S.

Profesjonalne szkolenie?

Pan Dawid kupił rodowodowego amstaffa, bo planował założyć hodowlę. Był to już jego drugi pies tej rasy. Za szczeniaka zapłacił 5 tysięcy złotych. Zależało mu, aby zwierzę profesjonalnie wyszkolić w zakresie obrony i posłuszeństwa. Pies bardzo dobrze się rozwijał i był pełen energii.

- W tym samym dniu, kiedy oddawałem psa treserowi, miał szczepienie poprzedzone badaniem u weterynarza. Stan jego zdrowia był idealny. Do dziś mam wyrzuty, że zaufałem temu człowiekowi i oddałem mu swojego psa – wyznaje Dawid Kłusek, właściciel amstaffa.

Kim jest człowiek, któremu zaufał pan Dawid?

- To był starszy pan, który wzbudził moje zaufanie. Mówił, że szkolił psy policyjne, dla straży, i robi to od ponad 20 lat. Uśpił moją czujność całkowicie – przyznaje pan Dawid.

Jak się później okazało, mężczyzna nie zobaczył już swojego psa żywego. Po ośmiu dniach szkolenia amstaff był martwy.

- Pies miał zostać na szkoleniu około 7-8 tygodni. Już po dwóch dniach tęskniło mi się za nim i chciałem przyjechać. Wtedy ten pan powiedział, że zaburzyłbym jego cykl treningowy i przekonywał, że najwcześniej mogę zobaczyć psa po dwóch tygodniach. To był mój błąd – dodaje Kłusek.

Sekcja zwłok

Na ciele 8-miesięcznego amstaffa, którego właściciel oddał na szkolenie trenerowi Markowi S. nie było żadnych widocznych obrażeń. Jednak okoliczności jego śmierci do tego stopnia zaniepokoiły pana Dawida, że postanowił zlecić przeprowadzenie sekcji zwłok psa.

- W okolicy lędźwiowej i nerek były liczne wybroczyny i wynaczynienia krwawe, w opłucnej była dość duża ilość płynu i skrzepy, do tego była pęknięta torebka wątrobowa, co także może świadczyć o urazie. Moim zdaniem pies mógł być bity tępym narzędziem albo być kopany. Nie raz, ale kilkanaście razy. Niewinny pies musiał przejść przez piekło – mówi Tomasz Garbal, lekarz weterynarii.

- To było ewidentne katowanie. Pies umierał w męczarniach. Odbite nerki, pęknięta wątroba, odbita tchawica, krew w płucach, stłuczony mózg. To się nie wzięło od jednorazowego uderzenia – komentuje właściciel czworonoga.

Wyniki sekcji zwłok były dla pana Dawida tak szokujące, że od razu zawiadomił organy ścigania. Zwierzę zostało poddane drugiej sekcji zwłok. Ujawniła ona potworne obrażenia, które mogło spowodować jedynie pobicie.

- Pies prawdopodobnie był kopany. Obrażenia powstały pół godziny przed śmiercią psa. Musiały powstać wtedy, gdy był pod opieką tresera – podkreśla Tomasz Chudzik z Prokuratury Rejonowej w Kolbuszowej.

Psi trener, Marek S., dalej przekonuje, że psu nie działa się żadna krzywda, a nagłą śmierć zwierzęcia tłumaczy ugryzieniem kleszcza.

Nie tylko amstaff

Jak się okazało amstaff nie był jedynym psem, który padł u Marka S. w czasie szkolenia. Pan Mariusz, właściciel owczarka niemieckiego, nie wie, co tak naprawdę stało się z jego psem, bo zwłoki zwierzęcia do dziś się nie odnalazły. Owczarek miał zostać profesjonalnie wyszkolony i zdobyć wszystkie uprawnienia do startowania w zawodach psów rasowych.

- Zacząłem się domagać zwrotu psa. Wydzwaniałem do niego co tydzień, co dwa. On zwlekał, mówił, że jeszcze tydzień, może dwa. Kiedy zajrzałem do internetu, to wystawa odbyła się, a mój pies nie był w ogóle do niej zgłoszony – opowiada Mariusz Zaraza. I dodaje: - Powiedział mi potem, że mój pies padł, prawdopodobnie zjadł szerszenie.

Pan Mariusz twierdzi, że po tym, gdy zażądał od trenera wydania zwłok psa, Marek S. przestał odbierać od niego telefon, a w końcu go zablokował. Dlatego właściciel psa powiadomił policję i prokuraturę, która zleciła przeszukanie posesji trenera.

- Wskazał dwa miejsca zakopania psa, ale w obu go nie było. Hipotez jest kilka. Mógł sprzedać psa, bo był bardzo ładny. Mógł to też zakatować – komentuje prokurator Tomasz Chudzik.

Marek S. cały czas ogłasza się w internecie i działa, choć, jak ustaliliśmy, zawiesił firmę już kilka lat temu.

- Nie biję psów, ani ludzi. Robię to 30 lat i nigdy nie miałem takich zdarzeń – przekonuje.

Po przedstawieniu zarzutów Markowi S., prokuratorzy zastosowali wobec niego dozór policyjny oraz zakazali mu prowadzenia szkoleń psów. Do sądu trafił już akt oskarżenia w tej sprawie.