Uwaga!

odcinek 5098

Wyjechała do Irlandii by szukać szczęścia i znaleźć dobra pracę. Ale zielona wyspa tylko przez 7 lat była dla młodej kelnerki miejscem dobrego życia. Od roku Marta Herda odbywa karę dożywotniego więzienia za zabicie kolegi z pracy. Polka nigdy nie przyznała się do winy i walczy przed irlandzkim sądem o zmianę wyroku.

Dublin. Więzienie dla kobiet o zaostrzonym rygorze. To tu od roku wyrok dożywocia odbywa 30-letnia Marta Herda. Polkę skazano na karę dożywocia za to, że z premedytację zabiła kolegę, 31-letniego Csabę, z pochodzenia Węgra. Cztery lata temu kobieta wjechała rozpędzonym samochodem do rzeki, mężczyzna utonął.

Wejście z kamerą na teren zakładu jest niemożliwe. Z Polką rozmawiamy tylko, dlatego, że więźniowie mogą telefonować do wybranych osób 2 razy dziennie po 6 minut.

- Ciężko było mi tego słuchać. Dużo rzeczy się w ogóle nie zgadza. Wiem, że człowiek zginął, ale żeby mi morderstwo dać... ja się z tym nigdy nie zgodzę - mówi Marta Herda i dodaje: - To nie jest sprawiedliwe.

Oboje mieszkali w Arclow, niewielkim miasteczku na południe od Dublina. Znali się od dwóch lat. Pracowali jako kelnerzy w luksusowym hotelu poza miastem. Mężczyzna obsługiwał gości restauracji. Pani Marta zajmowała się organizacją przyjęć weselnych.

- Była wspaniałym pracownikiem. Klienci ją lubili, bo była przyjazna i kontaktowa. Pracowała jako kelnerka w restauracji, gdzie jest duży ruch i dobrze wykonywała swoją pracę - mówi Trevor Wardell, pracownik restauracji, w której zatrudniona była pani Marta.

- Przed wypadkiem to była wesoła, radosna dziewczyna - wspomina współlokator pani Marty, Mariusz Błaszczyk. Z Węgrem, który zginął w wypadku, słabo się znał. - Nie trawiłem go, dla mnie to był człowiek niezrównoważony psychicznie. Im bardziej ona go odrzucała, tym bardziej on się na nią nakręcał - twierdzi. Jak dodaje, pani Marta pokazywała miejsce, z którego mężczyzna miał obserwować jej okno. - Nie zgłosiła [tego - red.] do nikogo. Tyle, co nam się pożaliła - mówi Mariusz Błaszczyk.

- Ostatnią rzeczą, jaką zrobił, to krzyknął do mnie: " you destroyed my last hope" - wspomina Marta Herda. Jak twierdzi, z Węgrem nie łączyła jej żadna relacja. - Nie był moim chłopakiem, nie miałam z nim żadnych seksualnych powiązań czy nawet pocałunków. Nie spotykaliśmy się poza pracą. Wszystkie sytuacje się działy po prostu w mieście - mówi. Dodaje, że mężczyzna był zazdrosny o wszystkich, którzy z nią rozmawiali albo np. parkowali obok niej samochód.