Dwie harcerki z ZHR zginęły podczas nawałnicy w Suszku pod Chojnicami. Dodarliśmy do prawdziwych bohaterów tamtej tragicznej nocy. Mieszkańcy okolicznych wiosek, a zwłaszcza z Lotynia, bez specjalistycznego sprzętu oraz doświadczenia ratowniczego, pozostawiając swoje zniszczone nawałnicą domostwa, ruszyli na pomoc harcerzom. Teraz ci, którzy pierwsi pomagali ofiarom kataklizmu, sami potrzebują pomocy.
W Suszku na obozie harcerskim na samym początku nawałnicy konary drzew zabiły dwie kilkunastoletnie harcerki. 150 harcerzy przez całą noc było uwiezionych w lesie. Nad ranem do szpitala przewieziono 20 dzieci. Pierwsi na pomoc ruszyli okoliczni mieszkańcy.
- Jak dotarliśmy i zobaczyliśmy te namioty... to zapiera dech w piersiach - mówi Jerzy Łangowski, mieszkaniec Nowej Cerkwi, który jako jeden z pierwszych ruszył na pomoc poszkodowanym przez wichurę harcerzom. - Taka skupiona grupa tych dzieci, tak jakby one się chciały zacisnąć w jeszcze ciaśniejszy krąg. Nawet nie było takiego entuzjazmu, że ktoś do nich dotarł, nie było żadnej euforii, że ktoś ich odnalazł. Nie było tego widać. Tak one były przytłoczone tymi wydarzeniami - wspomina.