Siniaki i strach przed przedszkolem. Trzy różne placówki i jedna pani dyrektor
Siniaki, złe wspomnienia, strach przed przedszkolem. Trzy różne placówki w trzech różnych miejscach i jedna pani dyrektor.
- Pracując tam przez pięć miesięcy czułam się, jakbym była w jakimś piekle – mówi nasza rozmówczyni.
- Dzieci były bite po rękach i zamykane w izolatce. Pani dyrektor stwierdziła, że jest to sala doświadczania świata. I dzieci siedziały tam same – mówi kolejna nasza rozmówczyni.
- Wiem o krzykach i straszeniu dzieci, że jak czegoś nie zrobią, to Mikołaj nie przyjdzie albo mama nie odbierze dziecka. To widziałam i słyszałam – mówi kolejna osoba.
Co się działo w niepublicznym przedszkolu w Gliwicach?
Nasi rozmówcy mówią o niepublicznym przedszkolu w Gliwicach. Prowadzi je fundacja, której członkiem zarządu jest Iwona D. Kobieta twierdzi, że ma świetną opinię w środowisku. Jednak w kolejnych placówkach, w których pełniła rolę dyrektora, pod jej adresem ze strony rodziców, dzieci, ale także niektórych nauczycieli padały mocne oskarżenia.
- Paweł, kiedy zaczął chodzić do przedszkola, popłakiwał. Pojawił się kiedyś siny pod prawym okiem. Miał zadrapania. Miał też ich pełno na szyi – opowiada pani Marta.
- Zapytałam, co się stało i powiedziano mi, że dzieci się pobiły – dodaje kobieta.
Pani Marta przyjęła tłumaczenia, jednak sytuacja zaczęła się powtarzać.
- Syn cały czas miał posiniaczone nogi – podkreśla kobieta.
Rozmawialiśmy też z innymi rodzicami.
- Jak odbierałam córkę z przedszkola, to przyszła w nieswojej opasce na głowie. Jak ją ściągnęłam, to krył się pod nią guz. Potem zobaczyłam siniaki na rękach – słyszymy od jednej z matek.
- Mój syn mówił, że pani przytrzymuje go siłą, siada na niego na nóżki i trzyma jego rączki, siłą. Miał wybroczyny na twarzy i siniaki na dłoniach i nadgarstkach. Zapytałam o to panią dyrektor, a ta stwierdziła, że tak już wśród dzieci jest, że się potykają – opowiada kolejna nasza rozmówczyni.
Pani Marta, po swoich doświadczeniach, opublikowała na lokalnej grupie post na temat Iwony D. Odzew był spory.
- W jednym z komentarzy jest napisane: „Mój syn tam chodził i był bity. Zamykany w ciemnym pomieszczeniu” – przywołuje pani Marta.
Jak sprawę tłumaczy Iwona D.?
Reporterka Uwagi! rozmawiała z Iwoną D.
- Jest to splot bardzo niefortunnych zdarzeń, które mają miejsce względem mojej osoby. Jestem osobą mobbingowaną i szkalowaną przez rodziców. Nigdy nikomu nie zrobiłam krzywdy. Nigdy nie było wobec mnie prowadzone żadne postępowanie karne – stwierdziła.
Nie jest to prawdą. Rodzice siedmiorga dzieci zgłosili swoje obawy do prokuratury.
- Pani Iwona D. została oskarżona o dwa czyny. Pierwszy dotyczy znęcania się fizycznego i psychicznego nad osobami małoletnimi. Drugi czyn zarzucany pani Iwonie D. to wyłudzenie środków z dotacji – mówi Agnieszka Bukowska, rzecznik prasowa Prokuratury Okręgowej w Gliwicach.
Co działo się w częstochowskiej podstawówce?
Wiemy, że Iwona D. od 2014 do 2017 roku była dyrektorką szkoły podstawowej w Częstochowie. Według lokalnych mediów właściwie od początku jej pracy w placówce zarzucano jej brak umiejętności współpracy z kadrą i rodzicami uczniów. Wniosek o jej odwołanie podpisało około 300 osób.
Szkoła nie chciała rozmawiać przed kamerą, ale dostaliśmy maila od rzecznika tamtejszego urzędu miasta.
„Zarzuty wobec dyrektorki formułowane były przez większość grona pedagogicznego oraz rodziców uczniów szkoły. Pani Iwona w związku z tym sama zrezygnowała”, napisano.
Z kolei w protokole z rady miasta jest między innymi cytat sekretarki pani dyrektor: „Współpraca ta polegała na zastraszaniu i wymuszaniu na mnie pewnych zachowań, które doprowadziły mnie do załamania nerwowego. Pani dyrektor nie szanowała mnie, krzycząc i zastraszając nawet w obecności rodziców, jak również w obecności współpracowników”. I dalej: „Wiele pokrzywdzonych osób, które współpracowały z panią dyrektor, może również wystąpić do sądu”.
To niepokojąco przypomina wspomnienia byłych pracowników przedszkola w Gliwicach.
- Psychicznie miałam na tyle dość, że cieszyłam się, że mogę stamtąd odejść. Miałam nerwicę żołądka. Idąc do pracy płakałam – opowiada jedna z naszych rozmówczyń.
- To straszna kobieta, nie wspominając o mobbingu – dodaje kolejna nasza rozmówczyni.
- Dochodziło do zamykania dzieci samych, zamykania na klucz, więc uznano, że takie działania wypełniły znamiona znęcania psychicznego i fizycznego – mówi prokurator
Agnieszka Bukowska. I dodaje: - Zeznania świadków wskazują, że dzieci mogły być szarpane.
Zarzuty rodziców z Iskrzyczyna
Dwa lata po odejściu ze szkoły w Częstochowie Iwona D. była jedyną kandydatką na stanowisko dyrektora przedszkola w Iskrzyczynie. Gdy objęła to stanowisko i tutaj zaczęły się dziać niepokojące rzeczy.
- Chodzi o szarpanie, ciągnięcie za ręce. I karanie, które wywierało na dzieci negatywny wpływ. Ale nie miałyśmy na to twardych dowodów. Jedynie dzieci skarżyły się i też po ich zachowaniu widzieliśmy, że dzieje się coś złego – słyszymy od rodziców.
Podobnie jak w Częstochowie, do władz wpłynął wniosek o odwołanie dyrektorki.
Tutaj także współpraca zakończyła się rozwiązaniem umowy za porozumieniem stron.
- W żadnym z poprzednich miejsc mojej pracy nie ma żadnych dowodów na to, żebym była czemukolwiek winna. Wszystkie rzeczy dotyczące Częstochowy mają podłoże polityczne – stwierdziła Iwona D. w rozmowie z reporterką Uwagi!
- Mam bardzo dobrą opinię w różnych środowiskach. W tę sprawę najprawdopodobniej zamieszany jest mój były mąż. Ja nie mam sobie niczego do zarzucenia. Nigdy nikomu nie zrobiłam krzywdy – dodała.
W trakcie realizacji materiału dostaliśmy pismo od rodziców, którzy są zadowoleni z działania placówki kierowanej przez Iwonę D. Prosili o umożliwienie im wypowiedzi na temat przedszkola. Jednak, gdy nasza reporterka zaproponowała im spotkanie, nie zareagowali na to zaproszenie.
Reakcja kuratorium
Przedszkole jest niepubliczne, a jego organem prowadzącym jest fundacja, w której Iwona D. jest członkiem zarządu. Kuratorium nad takimi placówkami ma mniejszą kontrolę.
- Jeśli chodzi o to przedszkole, to skargi wpływają dość gęsto. Teraz przygotowujemy kolejną kontrolę – mówi Aleksandra Dyla, śląska kurator oświaty.
W przypadku skarg dotyczących przemocy wobec dzieci, kuratorium kieruje sprawę do komisji dyscyplinarnej dla nauczycieli.
- Takie komisje wobec tej pani się odbyły. W obu przypadkach postępowania zostały umorzone ze względu na brak dowodów, co oznacza, że ani świadkowie, ani dowody, które zostały przedstawione, nie uprawdopodobniły tych zarzutów – stwierdza Aleksandra Dyla.
- Rodzice, którzy byli w kuratorium na przesłuchaniu, mówili, że czuli się, jakby to oni byli winni tej sytuacji i w jakiś sposób oczerniają panią dyrektor. Ich próby podawania przykładów były lekceważone – słyszymy od rodziców z Iskrzyczyna.
Pani Marta jest kolejną osobą, która postanowiła zawiadomić prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa.
- Nie mogę sobie wybaczyć, że wcześniej tego nie zauważyłam. Jestem mu to winna – mówi kobieta.