Uwaga!

odcinek 8088

Uwaga!

W katastrofie kolejowej w Sokolnikach Suchych zginęła 39-letnia pani Agata, pozostawiając 15-letniego syna. Czy tej tragedii można było uniknąć?

- Zadzwonili do mnie do pracy rodzice Agaty. Wiedzieli, że jedzie pociągiem do Łodzi. A z telewizji dowiedzieli się, że był wypadek. Skojarzyłem fakt: „Boże, przecież Agatka tam jechała” – mówi pan Piotr, partner pani Agaty.

Mężczyzna szybko ruszył na miejsce wypadku.

- Lokomotywa wywróciła się, leżała na skarpie. Pomyślałem, że może nic strasznego się nie stało. Ale później któryś z policjantów powiedział: „Wie pan co, ale z drugiej strony wagonu nie ma jednej całej ściany” – mówi pan Piotr, partner pani Agaty.

- Przy torach stało chyba pięć osób. Wiem, że był ktoś z policji, prokurator. Wtedy powiedziano mi, że jest jedna ofiara śmiertelna, o którą bardzo długo walczyli, bo przez chwilę odzyskała czynności życiowe. Ale, niestety nie udało się. W tym momencie przeraziłem się, nogi mi się ugięły. Prokurator pokazał mi zdjęcie. Ona wyglądała jakby spała – mówi mężczyzna.

Kierowca betoniarki wjechał wprost przed rozpędzony pociąg

Na przejeździe, gdzie tydzień temu doszło do katastrofy, nie było rogatek, były tylko światła ostrzegawcze. Mimo czerwonego sygnału kierowca betoniarki wjechał wprost przed rozpędzony pociąg. Maszynista nie miał szans zareagować.

- Ten pierwszy wagon cały był rozpruty, była wielka dziura do środka. Zrozumiałem, że mama musiała tam siedzieć – mówi Wiktor, syn ofiary wypadku. I dodaje: - Zastanawiam się, co ona mogła myśleć w trakcie tego zdarzenia, jakie emocje przez nią przechodziły. Czy myślała, że zginie.

Pociągiem jechało 120 osób. Siła uderzenia była tak ogromna, że lokomotywa po uderzeniu w ciężarówkę uniosła się, obróciła o 180 stopni i runęła na pierwszy wagon.

- Mieliśmy bardzo wielkie szczęście, że zginęła tylko jedna osoba. Oczywiście jest to niesamowicie przykre, że ta osoba zginęła i składam wyrazy współczucia dla rodziny. Ale proszę zobaczyć, jak ten bok wagonu wygląda. Przecież trzeba sobie uświadomić, że taka blacha z taką prędkością w takiej masie na odpowiedniej wysokości powodowałaby dekapitację lepiej niż gilotyny francuskie – mówi Sławomir Centkowski, wiceprezydent Związku Zawodowego Maszynistów Kolejowych w Polsce.

Ogólnopolski protest maszynistów

Po katastrofie maszyniści rozpoczęli protest, na przejazdach zwalniali do 20 km/h. Żądają natychmiastowej poprawy ich zabezpieczeń. Skarżą się, że polska kolej stawia na

coraz szybsze pociągi, podczas gdy na wielu przejazdach wciąż wystarczy jeden błąd kierowcy, by doszło do wykolejenia pociągu i śmierci pasażerów.

- Czara goryczy się przelała. Nie chcemy utrudniać ludziom dojazdu do pracy, ale pokazać, że na kolei nie jest bezpiecznie – tłumaczy maszynista Paweł Wójcicki.

- Cały czas toczymy wojnę o zwiększenie bezpieczeństwa. Zginął pasażer. Muszą coś zrobić, maszyniści boją się iść do pracy – zaznacza maszynista Dariusz Regulski. I dodaje: - Nie wyobrażam sobie, jak można wjechać na czerwonym świetle na przejazd i liczyć, że pociąg się zatrzyma. Pociąg się nie zatrzyma. Droga hamowania pociągu, który jedzie 120 km/h, wynosi 700-800 metrów. Pociąg waży kilkaset ton.

Maszyniści żądają odbierania prawa jazdy kierowcom łamiącym przepisy dotyczące przejeżdżania przez przejazd. Chcą też natychmiastowego ograniczenia prędkości pociągów do 20 km/h w miejscach o słabej widoczności. Takich punktów, według nich, jest w Polsce około tysiąca. Domagają się również lepszych zabezpieczeń przejazdów i skuteczniejszej edukacji kierowców.

- Niestety, przejazdy kolejowe w Polsce są niebezpieczne. Zdarzeń jest bardzo dużo, praktycznie co drugi dzień mamy zdarzenie. Co 45 godzin ktoś wjeżdża albo wchodzi na przejazd i z reguły mamy zdarzenie śmiertelne – mówi Sławomir Centkowski.

O bezpieczeństwo przejazdów chcieliśmy zapytać Polskie Linie Kolejowe. PLK odmówiły rozmowy przed kamerą, a w pisemnej odpowiedzi ominęły część naszych pytań.

Wieloletnie skutki wypadków na przejazdach

Tymczasem maszynista, który uczestniczył w wypadku, odzyskał już przytomność. Ma złamany kręgosłup i przeszedł operację. Jego koledzy starają się mu pomóc, zbierając pieniądze na jego leczenie.

Wypadki na przejazdach oznaczają nie tylko obrażenia, ale też traumę, która potrafi zostać na lata. Pan Dariusz do dziś mierzy się ze skutkami zderzenia z samochodem, którym podróżowało troje młodych ludzi.

- Maluch wbił się pod jednostkę. Jak wdrożyłem hamowanie, to pociąg zatrzymał się po 400 metrach z maluchem pod spodem. Jechało nim trzech młodych ludzi. Kierowca został wypchnięty przez pasażera i leżał na torach za przejazdem. Jak przyjechała straż pożarna, zobaczyłem, że z tyłu siedziało 12-letnie dziecko ze ściętą czaszką. Bardzo mnie to ruszyło. To obrazy, których nie ma szansy zapomnieć – tłumaczy Dariusz Regulski.

Pan Paweł od dziesięciu lat pracuje jako maszynista. Do dziś pamięta twarz młodej kobiety, która rzuciła się pod prowadzony przez niego pociąg.

- Patrzyła się bezpośrednio na nas. To są osoby, które obserwują pociąg i myślą, czy uda im się ta próba. Obraz tego spojrzenia wraca – przyznaje Paweł Wójcicki.

Z kolei pan Tomasz omal nie zginął. W 2020 roku na tory, którymi jechał prowadzony przez niego pociąg, wjechała ciężarówka załadowana piaskiem. Nie miał szans zatrzymać rozpędzonego składu. Po uderzeniu stracił przytomność. Obudził się w zniszczonej kabinie, przysypany piaskiem.

- Nie mogłem podnieść lewej ręki. Zobaczyłem, że jest w kiepskim stanie. Złamanie było otwarte. Bólu wtedy nie czułem. Jak zaczęli mnie uwalniać, poczułem tak niesamowity ból, że straciłem przytomność. Odzyskałem ją 8 września, w swoje urodziny, leżąc w szpitalu – mówi pan Tomasz.

Odniesione obrażenia nie pozwoliły mu wrócić do pracy maszynisty. Osób takich jak on jest więcej. Dlatego maszyniści mówią dość i domagają się natychmiastowych rozwiązań na wzór krajów europejskich.

- W wielu krajach jest tak, że jeżeli na przejeździe między rogatkami jest samochód, to maszynista dostaje powiadomienie i natychmiast się zatrzymuje, czyli nie dochodzi do zdarzenia – mówi Sławomir Centkowski.

- Jeden mądry człowiek powiedział mi bardzo ciekawą rzecz, trochę zwaliła mnie z nóg, ale jak ochłonąłem, przyznałem mu rację. Powiedział: „Kto wie, może Agata przyczyniła się do poprawy bezpieczeństwa, bo zrobiło się o tym głośno. Że mamy takie, a nie inne przejazdy” – mówi pan Piotr.

- Zastanawiałem się, czy to w ogóle jest prawdziwe, co się wydarzyło. Ale już dochodzi do mnie, że to wszystko jest prawdziwe i że już nigdy więcej jej nie zobaczę, już nigdy więcej nie doznam jej czułości i już nigdy więcej nie porozmawiam. A bardzo chciałem z mamą porozmawiać ostatni raz. Chciałbym jej powiedzieć, że nie doceniałem tego, co robiła dla mnie. A robiła to wszystko z serca. Starała się każdemu pomóc – mówi 15-letni Wiktor.