Uwaga!

odcinek 8081

Uwaga!

[UWAGA! UJAWNIA] Pielęgniarz próbował udusić pacjenta. „Bawił się w pana Boga, kto będzie żył”

Pielęgniarz z jednego z wrocławskich szpitali próbował udusić pacjenta. To, co udało nam się ustalić na temat zatrzymanego Piotra P., jest wstrząsające. – To nie człowiek, to diabeł – mówi była partnerka mężczyzny.

- [Pielęgniarz – dop. red.] o 22.00 wszedł na salę. Pacjent się zsikał, tak że mokre było prześcieradło. To był 77-letni pacjent. [Pielęgniarz – dop. red.] wpadł w szał, amok. Zaczął go dusić. Uciskał kolanem klatkę piersiową, żeby się nie ruszał, a obiema rękami zacisnął z dwóch stron tętnicę. I liczył do trzydziestu – opowiada nasza informatorka.

Do tego szokującego ataku na pacjenta, będącego po udarze, doszło na oddziale neurologii szpitala im. Marciniaka we Wrocławiu. Jeden z dyżurujących pielęgniarzy zaczął zaciskać pacjentowi tętnice szyjne, co było zagrożeniem życia, gdyż mogło to spowodować odcięcie dopływu krwi i tlenu do mózgu.

- Koleżanka weszła na tę salę i mówi: „Co ty robisz?”. A on: „Nie wpier… się, ja wiem, co ja robię”. Ona chciała go odciągnąć, ale to też był kawał chłopa, nie mogła odciągnąć go od tego pacjenta. Wyszła na korytarz i zaczęła krzyczeć: „Ratunku! Ratunku, szybko!”. Wszyscy wybiegli na korytarz zobaczyć, co się dzieje. No i ona mówi, że on go dusi. I dopiero jak one wbiegły i wbiegł pielęgniarz, większy od tamtego, on go odciągnął od tego pacjenta, a on mówi: „Ja liczę do trzydziestu, i jeszcze raz do trzydziestu i koniec, ja wiem, co ja robię”. I dopiero, jak one zaczęły do niego krzyczeć, to on jakby się otrząsnął. Zaczął głupio się śmiać, że właściwie nic się nie stało, bo on tak żartował – opowiada nasza informatorka.

- Pielęgniarki od razu zadzwoniły do lekarza dyżurnego, chciały natychmiast wezwać policję, bo to jest niedopuszczalne. Ordynator miała akurat dyżur, powiedziała, że żadnej policji nie wzywamy – dodaje nasza rozmówczyni.

Dlaczego?

- Bo nie. Bo oddział jest fajny, ma pochwały. Oddział nie sprawia problemów, nie ma skarg do dyrektor na oddział i tak wszyscy żyjemy w zgodzie i harmonii, i jest tak cudownie – tłumaczy kobieta.

Według relacji pracowników medycznych, do których dotarliśmy, ordynator oddziału nie podjęła żadnych działań. Przerażony personel w tej sytuacji zaczął pilnować pielęgniarza, bo Piotr P. całą noc przebywał na oddziale i miał dostęp do pacjentów.

- Dopiero rano zdecydowała się wezwać ochronę i policję. Ochrona go przytrzymała, wzięła go i przyjechała policja. To już było około godziny 8 – przytacza nasza rozmówczyni.

Zarzuty dla pielęgniarza

Piotr P. po zatrzymaniu przez policję usłyszał w prokuraturze zarzut usiłowania zabójstwa i został aresztowany.

Dlaczego jeden z największych na Dolnym Śląsku szpitali od razu po ataku pielęgniarza nie uruchomił żadnych procedur? Pojechaliśmy do szpitala by się tego dowiedzieć.

Na miejscu przedstawicielka szpitala stwierdziła, że nie możemy rozmawiać z dyrektor placówki.

- Wszystko zostało przekazane w oświadczeniu – usłyszeliśmy.

Z lakonicznego oświadczenia dyrekcji szpitala wynikało, że po podejrzeniu popełnienia przez pielęgniarza przestępstwa szpital niezwłocznie poinformował o tym policję. Jest to sprzeczne z tym, co przekazali nam nasi informatorzy.

A jakie informacje szpital przekazał bliskim duszonego pacjenta? Docieramy do osoby z jego rodziny.

- Ktoś zadzwonił ze szpitala i mówi: „Moim obowiązkiem jest poinformować panią, że w szpitalu miał miejsce incydent z J., a pielęgniarzem, no i tyle mogę pani powiedzieć”. Następnego dnia poszłam do pani doktor. Zapytałam, co wiadomo o incydencie. A pani doktor odpowiedziała: „Wie pani ja też się dopiero dowiedziałam o tym i też jeszcze dokładnie nie wiem, co tam było”.

O tym, że 77-latek duszony był przez pielęgniarza rodzina pacjenta, jak twierdzi, dowiedziała się dopiero w prokuraturze. Okazuje się, że Piotr P., już wcześniej zajmując się nim, miał go bardzo źle traktować.

- Byłam w szoku, jak on przy mnie zaczął krzyczeć do tego pacjenta: „Zap…! Zaj… cię! Ty mnie jeszcze nie znasz!”. Pacjent sikał, moczył łóżko. Ale to się zdarza, dla nas jest to normalne. A mnie wtedy zamurowało, nie wiedziałam, co mam zrobić. Mówię mu: „Co ty robisz?”. Padło: „A co?” – opowiada nasza rozmówczyni.

Kobieta zaznacza, że było to zgłaszane.

- Nie było żadnej reakcji. Robił z nas wariatów, że to jest nieprawda, że my kłamiemy, a on wcale tak nie mówił. A on to mówił przez telefon do kogoś, bo miał słuchawkę na uchu, on wcale nie mówił do pacjenta – opowiada nasza rozmówczyni.

Kim jest Piotr P.?

Piotr P. to doświadczony pielęgniarz. We wrocławskim szpitalu pracował zaledwie kilka miesięcy, bo przeprowadził się do Wrocławia z Pomorza. Już wcześniej miał konflikty z prawem. W lipcu tego roku w gryfickim sądzie zapadł prawomocny wyrok za psychiczne i fizyczne znęcanie się przez Piotra P. nad bliską osobą. Pięć dni przed tym, jak próbował

udusić pacjenta, do Wrocławia wysłany został nakaz zatrzymania go i doprowadzenia celem odbycia kary więzienia. Docieramy do kobiety, która była z nim w związku.

- Bałam się go. Bałam się go za każdym razem, bo nie wiedziałam, w jakim stanie wróci ze szpitala z dyżuru. Miewał przeróżne humory, przez większość czasu był zły – opowiada kobieta.

- Niejednokrotnie słyszałam też o tym, że był agresywny do pacjentów. Używał siły. Ale on zawsze używał agresji, bicie sprawiało mu chyba przyjemność. Mnie jak raz na trzy, cztery dni nie uderzył, to było święto. Dochodziło do rękoczynów, duszenia. Jakby dostawał amoku – zaznacza nasza rozmówczyni. I dodaje: - W innych relacjach też stosował przemoc. Jego była partnerka do mnie zadzwoniła. Mówiła, że bił ją, wyrzucał z domu. Przeszła to samo, co ja. To nie jest człowiek, to jest diabeł.

O tym, jak wyglądało życie oddziału, kiedy Piotr P. zaczął pracę we wrocławskim szpitalu i co przeżywały pielęgniarki i inne pracownice medyczne opowiada nam nasza informatorka.

- Ten pielęgniarz zachował się wulgarnie i z podtekstem erotycznym obłapiał tam pielęgniarki i opiekunki. Opowiadał o tym, że je wy***ł albo, że takiego r***a jak z nim to w ogóle nie ma – mówi nasza rozmówczyni.

- Wszystkie młode pielęgniarki i opiekunki były przytulane. Nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki, przytulane. Łapane za piersi, łapane za pośladki. I to było zgłaszane. One szły do oddziałowych i mówiły o jego zachowaniu i że sobie nie życzą takiego zachowania i nie chcą mieć z nim dyżurów. W związku z tym one go ustawiały na dyżury ze starszymi dziewczynami – mówi kolejna nasza rozmówczyni.

- Był cały czas agresywny, pobudzony, jakby niemiły dla wszystkich. To był pielęgniarz, który wielokrotnie wyrażał swoje zdanie, że ludzie przebywający na tym oddziale to się tylko męczą i należałoby skrócić ich cierpienia – słyszymy.

- To był palec boży. Gdyby ona nie weszła do tej sali, to ten pacjent jeszcze może z 20 sekund i już by nie żył. I on jeszcze powiedział: „Wyp… ja wiem, co robię, ja to robiłem wielokrotnie i wiem, jak to zrobić, żeby nie zostawić śladów”. Myślę, że był do tego zdolny – podkreśla nasza rozmówczyni.

Co działo się w szpitalu?

Czy prawdziwe oblicze pielęgniarza było tak mroczne jak opisują to inne znające go osoby? Z relacji przekazanych nam przez część personelu wynika, że posuwał się znacznie dalej.

- Na sali „R” - intensywnego nadzoru leżała umierająca pacjentka. Bez kontaktu, na tlenie. Koleżanka miała z nim dyżur i mówiła, że wchodzi na salę, a on zakręca tlen. Ona odkręciła tlen i mówi do niego: „Co ty robisz? Dlaczego zakręciłeś tlen?”. A on mówi

wprost: „Nie wpie… się w nieswoje sprawy. Ja mam dwóch pacjentów, a ty zajmij się tymi dwoma pacjentami”. Ona to zgłosiła, reakcja była taka, że go z sali „R” przenieśli na odcinek diagnostyczny – mówi nasza rozmówczyni.

- On się bawił w pana Boga, kto będzie żył. Czytał dokumentację, na przykład, że jest udar i pacjent nie rokuje, to po co leczyć, niech umiera. Albo śpiewał żałobny orszak i kładł przy pacjencie worek na zwłoki. Jak widziałam to, to natychmiast worek chowałam – opowiada nasza informatorka.

Reporterka Uwagi! próbowała zadać pytania dyrektorce szpitala, ale ta nie chciała rozmawiać.

- To, co miałam do powiedzenia złożyłam w oświadczeniu – usłyszeliśmy.

- Personel medyczny – pielęgniarski i ratowniczy - zachował się tak, jak zachować się powinien. A jeśli chodzi o przełożonych i całą tę sytuację, to co najmniej pozostawia wiele do życzenia. Jak dla mnie są oni współodpowiedzialni zaistniałej sytuacji – kwituje nasza informatorka.