Uwaga!

odcinek 8060

Uwaga!

Zaatakował, rozczłonkował ciało, gdy ofiara jeszcze żyła, a potem opalał palnikiem. Zdaniem sądu, tego miał się dopuścić Marcin Z., który w ten sposób miał próbować uniknąć płacenia faktury za wykonanie tynków w swoim nowym domu. Reporterka Uwagi!, Małgorzata Prochal, rozmawiała zarówno z rodziną ofiary, jak i z żoną oskarżonego, która uważa, że wyrok, który usłyszał jej mąż jest zbyt surowy.

Mniejszy wyrok, bo oskarżony ma dzieci?

To była okrutna zbrodnia. Rodzina ofiary nie ma wątpliwości, że sprawca miał motyw i przygotowywał się do zabójstwa. Mimo skazania na 30 lat więzienia - okoliczności morderstwa nie przyjmuje do wiadomości żona sprawcy.

- Nie uważamy, żeby to było zabójstwo zamierzone. Z jednej strony człowiek, którego wiele lat kochałam, siedzi w więzieniu za taki czyn. Z drugiej strony dzieci, które bardzo go kochają i ja muszę to robić dla nich też – mówi żona oskarżonego.

- Oni walczą o mniejszy wyrok, bo on ma dzieci i chciałby widzieć ich ważne momenty w życiu. A ten człowiek mi to odebrał. Ja z tatą już nigdy nie porozmawiam, nigdy go nie przytulę – mówi pani Nikola, córka ofiary.

Ofiara to 53-letni pan Marek, przedsiębiorca, mąż i ojciec, który prowadził firmę budowlaną wykonującą tynki. Z panią Moniką byli małżeństwem przez 30 lat.

- Zostaliśmy sami w domu, bo córka się już wyprowadziła. Myśleliśmy o tym, kiedy córka wyjdzie za mąż, kiedy będziemy mieli wnuki, gdzie będziemy z nimi wyjeżdżać – opowiada pani Monika, żona ofiary.

- Nie ma dnia, żebym nie myślała, że chciałabym porozmawiać z tatą, że chciałabym go zobaczyć chociaż na minutę. Nie ma dnia od tych dwóch lat, żebym za nim nie tęskniła – mówi córka pana Marka.

Kim jest Marcin Z.?

Skazany nieprawomocnie za zabójstwo 47-letni Marcin Z. to były policjant-konwojent, który na emeryturze pracował jako kierowca ciężarówki. Ma troje dzieci.

Jego żona zgodziła się z nami porozmawiać.

- To mnie dziwi i to mnie zastanawia, jak człowiek, który był zawsze całe życie uczciwy, oddany pracy dzieciom, rodzinie… Nagle wydarzyło się coś takiego – mówi kobieta.

Marcin Z. budował z żoną dom pod Warszawą. Do wykonania tynków zatrudnił firmę pana Marka. W dniu, w którym doszło do zabójstwa, miał rozliczyć się z nim za wykonaną pracę.

- Tata mi wcześniej opowiadał o tym człowieku. Martwił się, że mu nie zapłaci, bo wcześniej miał nie zapłacić murarzowi – wspomina pani Nikola.

- [Marcin Z. - przyp. red.] długo nie odbierał telefonów, ale w końcu koło godziny 17 sam zadzwonił do mojego męża i umówili się na spotkanie na tej budowie – opowiada pani Monika.

Pan Marek pojechał po zapłatę i nigdy nie wrócił

Kiedy przez kilka godzin pan Marek nie wracał ze spotkania z klientem, a jego telefon nie odpowiadał, rodzina zaczęła się martwić.

- Zdziwiło mnie, że telefon jest wyłączony, bo mąż nigdy nie wyłączał telefonu. Miał ładowarkę do w samochodzie. Zdarzało się, że nie odbierał, ale nigdy go nie wyłączał – mówi żona pana Marka.

- Od razu sprawdziłam lokalizację telefonu, bo ją sobie udostępniliśmy. O godzinie 22 zobaczyłam, że jego telefon stracił połączenie z siecią o 19:50. Od razu intuicyjnie czułam, że stało się coś strasznego – opowiada córka mężczyzny.

Również samochód pana Marka miał nadajnik GPS, co umożliwiło córce zlokalizowanie auta. Razem z partnerem ruszyła we wskazane miejsce. Samochód stał porzucony na przydrożnym parkingu w pobliżu lasu.

- Było pusto, ciemno i tutaj stał ten samochód. Drzwi były otwarte, a kluczyki były w środku. To zdziwiło mnie jeszcze bardziej – mówi pani Nikola i dodaje, że niedługo potem zadzwoniła na policję.

Brutalna zbrodnia na budowie pod Warszawą

Rodzina nie znała adresu, pod którym spotkali się mężczyźni, ale dane z aplikacji samochodu pomogły policji i po niespełna 14 godzinach funkcjonariusze dotarli na miejsce budowy, gdzie znaleźli ciało pana Marka.

- Zapytałam, czy mogłabym zobaczyć męża, żeby się upewnić, czy to on. Policjant powiedział mi, że trwają czynności śledcze i absolutnie nie mogę zobaczyć ciała. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to była aż tak drastyczna sprawa – mówi pani Monika, żona ofiary.

Rodzina pana Marka o najbardziej drastycznych szczegółach morderstwa dowiedziała się z mediów.

- Byłyśmy w takim szoku, że dzwoniłyśmy do tej dziennikarki. Ona przepraszała nas później, że nie miała pojęcia, że my jako najbliżsi nie wiemy, o tym, co się tak naprawdę zdarzyło – dodaje pani Monika.

Co wydarzyło się na budowie pod Warszawą?

- Uważam, że doszło prawdopodobnie do sprzeczki. Musieli się pobić. Wiem to z relacji męża. Mąż miał też ślady pobicia – mówi żona oskarżonego.

Jak zauważa reporterka Uwagi!, Małgorzata Prochal, biegli wykluczyli, że doszło do bójki.

- Tak naprawdę nikt z nas nie wie, co tam się wydarzyło – odpowiada kobieta.

- Na miejscu zdarzenia znaleziony został paralizator, na którym znajdowały się ślady krwi. Były zbyt skąpe, żeby z całą pewnością potwierdzić, że była to krew osoby pokrzywdzonej. Niemniej, sąd przyjął, że to właśnie tym narzędziem, oskarżony obezwładnił pokrzywdzonego - mówi sędzia Anna Ptaszek, rzeczniczka prasowa Sądu Okręgowego w Warszawie.

Dlaczego Marcin Z. nie wezwał pogotowia ani policji?

- Tu jest znak zapytania, który należałoby wyjaśnić. Pytałam o to męża, ale nie umie odpowiedzieć na to pytanie. Ma luki w pamięci – mówi żona Marcina Z.

Marcin Z. poćwiartował ciało, gdy ofiara jeszcze żyła

- Sąd przyjął, że oskarżony nie wiedział, że pokrzywdzony żyje. Gdyby sytuacja była inna, gdyby oskarżony z premedytacją dopuścił się tych działań, których się dopuścił wobec ciała zmarłego, wiedząc, że ta osoba żyje, sądzę, że kara byłaby nadzwyczajna – mówi sędzia Ptaszek.

Pan Marek leżał nieprzytomny, kiedy Marcin Z. zaczął ćwiartować jego ciało. Jak ustalili biegli, mężczyzna wciąż wtedy żył.

- Gdy się o tym dowiedziałam, nie dowierzałam, płakałam, nie spałam i chyba tylko zadawałam sobie pytanie „dlaczego?”. W dalszym ciągu tego nie rozumiem. Mój mąż też nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie – mówi żona Marcina Z.

- Człowiek całe życie spokojny i naprawdę z nieposzlakowaną opinią dopuszcza się takiego czynu? No to niestety, ale jest zastanawiające – dodaje kobieta.

- On zeznał, że coś mu „pyknęło” i dlatego to zrobił – opowiada pani Monika, żona ofiary.

- Nie został skierowany na obserwację psychiatryczną, a uważam, że to jest zasadne, chociażby po to, żeby wiedzieć, czy mąż jest zdrowy, czy nie – mówi żona oskarżonego.

Biegli psychiatrzy jednoznacznie orzekli, że Marcin Z. był poczytalny w chwili popełnienia zbrodni i w pełni rozumiał znaczenie swoich czynów. Nie stwierdzili też u niego choroby psychicznej.

Marcin Z. przed spotkaniem robił zakupy

- Rozumiem, że rodzina oskarżonego nie wierzy, że to się mogło stać w pełni świadomie i z pełną rozwagą, ale również wiemy, jakie czynności poprzedziły spotkanie obu mężczyzn i jakich zakupów dokonał oskarżony, zanim spotkał się z wykonawcą – zaznacza sędzia Anna Ptaszek, rzeczniczka prasowa Sądu Okręgowego w Warszawie.

Na trzy godziny przed dokonaniem zabójstwa, Marcin Z. kupił w sklepie budowlanym wiadro, palnik gazowy, folię malarską i rękawice. Użył potem tych przedmiotów do ukrycia ciała.

- W związku z tym mówienie o tym, że doszło do jakiegoś nieprzewidzianego zdarzenia, do jakiejś bójki, do jakiegoś sporu na tym tle, przez sąd zostało odrzucone – dodaje sędzia Ptaszek.

- Mąż codziennie robił zakupy na budowę. Myślę, że to był po prostu kolejny zakup. Palnik był potrzebny do położenia papy na tarasie. Nic nie wskazywało na to, żeby przygotowywał się do czegokolwiek – tłumaczy żona Marcina Z.

- Ja nie wierzę w takie przypadki, żeby tego samego dnia kupić wszystkie rzeczy, które są potrzebne do takiej zbrodni – uważa córka ofiary.

Czy żona Marcina Z. jest w stanie spojrzeć po tym wszystkim swojemu mężowi w oczy?

- Tak – mówi kobieta. I dodaje: - Ja naprawdę bardzo współczuję tej rodzinie. Natomiast nie godzę się też z wersją przyjętą przez sąd i muszę myśleć o sobie i o dzieciach.

Żona sprawca zażądała od rodziny ofiary pieniędzy

Po śmierci pana Marka żona sprawcy zażądała od rodziny ofiary 10 tysięcy złotych za rzekomo źle wykonane tynki.

- Mój mąż miał dokumenty, fakturę podpisaną przez tego człowieka, protokół odbioru tynków, umowę. Wszystko to było w aktach – wymienia pani Monika, żona ofiary.

- Ja nie mam się czego wstydzić. Ja wystąpiłam z roszczeniem, w momencie kiedy ona wystąpiła z roszczeniem zwrotu pieniędzy – mówi żona oskarżonego.

- Wniosłam pozew do sądu cywilnego o zapłatę tej faktury, ponieważ ja po śmierci męża musiałam rozliczyć tą fakturę, zapłacić za materiały, zapłacić ludziom – tłumaczy pani Monika.

- Rozmawiałam z mężem kilka dni wcześniej i mówił, że zapłacił. Dowodu niestety nie posiadamy – mówi żona Marcina Z.

Gdy reporterka Uwagi! spytała o protokół odbioru, na którym napisane było „Protokół odbioru bez zastrzeżeń”, a pod spodem widniał podpis Marcina Z., jego żona odpowiedziała:

- Mąż niestety nie miał w zwyczaju nigdy czytać tego, co podpisuje.

- Mi się to po prostu w głowie nie mieści. Wysłała zdjęcia ścian, gdzie to wyglądało jak dziura, jakby ktoś młotkiem przywalił w ściany… – mówi pani Nikola i dodaje: - W sądzie oczywiście wygrałyśmy tę sprawę, bo to było jakieś kłamstwo.  

30 lat więzienia

- Ja nie mam za co przepraszać pani Moniki i pani Nikoli. Mój mąż przeprosił. Ja mogę jedynie wyrazić współczucie. Nie mogę być odpowiedzialna za dorosłego człowieka – mówi żona oskarżonego.

- Ten człowiek i jego żona są tak bezczelną stroną. Nie widać jakiejkolwiek skruchy w ich postawie – uważa pani Monika.

- Oskarżony, który doszedł do wniosku, że sposobem na uniknięcie zapłaty faktury będzie pozbawienie życia drugiego człowieka, rozczłonkowanie ciała, opalanie go palnikiem… w moim przekonaniu taka osoba nie powinna funkcjonować w społeczeństwie. To są niewątpliwie działania, które miały na celu utrudnić identyfikację zwłok - mówi mec. Wojciech Kępka-Mariański, pełnomocnik rodziny ofiary.

Dlaczego sąd nie zdecydował się na zasądzenie w tej sprawie kary dożywotniego pozbawienia wolności?

- Powodem była dotychczasowa linia życia oskarżonego, który w przeszłości był policjantem, normalnie funkcjonował, pracował zawodowo, ma rodzinę, ma stabilną sytuację osobistą. W przypadku tego oskarżonego sąd nie dostrzegł aż takich powodów, które nakazywałyby wyeliminowanie pana oskarżonego na zawsze z życia społecznego – tłumaczy sędzia Anna Ptaszek.

- Zabicie człowieka z takim okrucieństwem, poćwiartowanie ciała. Uważam, że taki czyn zasługuje jedynie na dożywocie. Na najwyższy wymiar kary w Polsce – mówi pani Monika, żona ofiary.

- Jeżeli za taki czyn jest 30 lat, to co trzeba zrobić, żeby dostać dożywocie w tym kraju? Ten człowiek może wyjść po 30 latach i dalej być niebezpieczny dla innych – uważa pani Nikola, córka ofiary.

Prokuratura i pełnomocnik rodziny ofiary domagają się dla skazanego dożywocia. Obrona chce złagodzenia kary do 15 lat więzienia. Wkrótce sprawą zajmie się Sąd Apelacyjny.