Zbagatelizowanie nieprzechodzących objawów i absurdalna rada lekarza - „Niech pan pije dużo wody, a przejdzie”. Dlaczego lekarz nie wykrył raka?
Krew w moczu
- Sikam, a to sama krew leci. No to wystraszyłem się. Wziąłem słoiczek i pojechałem do przychodni. Pielęgniarka do mnie: „Panie, zabierz pan to stąd. Co pan nam tu pokazuje?”. Powiedziałem im, że pomocy szukam i spytałem, co mam robić. Nikt nie odpowiedział - opowiada pan Andrzej.
Mężczyzna postanowił pojechać na izbę przyjęć do szpitala.
- Przyszedł młody taki lekarz i kazał mi zostać na izbie przyjęć. Tu w szpitalu w Pińczowie od razu się zainteresowali mną – dodaje.
W szpitalu w Pińczowie pan Andrzej został zbadany. Wynik USG zaniepokoił lekarza.
- Lekarz rozpoznał guza pęcherza moczowego. To był niewielki guz z wymiarami bodajże 20 mm. Pacjent został wypisany następnego dnia z zaleceniem pilnego kontaktu w poradni urologicznej - mówi Joanna Salamon-Pandewa, dyrektorka ds. medycznych szpitala w Pińczowie.
- Mówi mi: „pan masz problem”. Monitor mi przekręciła i na pęcherzu taka mała plamka była. „Z tym trzeba do specjalisty”, powiedziała – opowiada pan Andrzej.
Diagnoza: Guza nie ma
Pan Andrzej trafia do urologa w tej samej placówce, ale ponieważ szpital w Pińczowie nie świadczy usług cystoskopii, lekarz przeprowadza to specjalistyczne badanie w szpitalu w Staszowie, w którym także ma kontrakt.
- Bez znieczulenia, to jeszcze zdziwiony byłem. Ale nie znam się, nie wiem, o co chodzi. To była dosyć spora rurka metalowa, długa – mówi mężczyzna. I dodaje: - Też obrócił do mnie monitor. Tam były takie żyłki krwi. Powiedział do mnie: „Nic pan tu nie masz”.
W wypisie urolog stawia diagnozę, że guza nie ma. Na tym kończy badanie i stwierdza, że pan Andrzej się przeziębił.
- „Siedzisz pan na zimnym, na mokrym. Pij pan dużo i sikaj pan dużo”. Tak mi tylko powiedział – wspomina mężczyzna.
„Proszę dużo pić”
Pan Andrzej stosuje się do zaleceń, ale mijają miesiące i objawy nie przechodzą. Pewnego dnia spotyka lekarza na ulicy i informuje go o swoim stanie. Medyk ostatecznie rozwiewa jego wątpliwości.
- Znowu mi powiedział, że mam dużo pić. To jak lekarz tak mówi, no to tak musi być. Może to samo przejdzie, przecież ja się nie znam na tym – opowiada mężczyzna.
- Dzięki namowie mojej partnerki poszedłem jednak do innego specjalisty. Gdyby nie ona to bym nie poszedł – dodaje pan Andrzej.
- Mówił mi, że po co ma iść, jak tak mu lekarz powiedział. Stwierdziłam, że jak on nie chce, to ja sama go zarejestruję – mówi pani Maria, partnerka pana Andrzeja.
Guz był już dużo większy
Pan Andrzej udaje się do innego urologa, który przeprowadza to samo badanie, które robił lekarz w Staszowie - cystoskopię. Tym razem przypuszczenia z badania usg się potwierdzają.
- Mówi mi: „Masz pan tu coś. Ja muszę to wiedzieć, co to jest”. To się zapytałem: „A czym się różni pański sprzęt od tamtego sprzętu?”. Powiedział mi: „Niczym, tylko błędne diagnozy stawiają lekarze” – opowiada pan Andrzej.
- Po ponownym naszym badaniu USG guz był już dużo większy – mówi Joanna Salamon-Pandewa ze szpitala w Pińczowie.
- Ten guz miał już wtedy 6,5 cm – dodaje pan Andrzej.
Nowotwór złośliwy i kolejne komplikacje
Wycięcia guza podejmują się lekarze ze Świętokrzyskiego Centrum Onkologii. Próbki kierują na badania. Wynik: nowotwór złośliwy, decyzja - usunięcie pęcherza moczowego.
- Jak usłyszałem, że to jest złośliwe, naciekowe, szczęka mi opadła. Nie wiedziałem, co robić – przyznaje pan Andrzej.
Po opóźnionej diagnozie raka złośliwego lekarze zdecydowali się zastosować najcięższą z chemioterapii. Pan Andrzej bardzo ciężko ją zniósł, ale przyniosła ona spektakularne rezultaty. Rak był w remisji. Pacjent czuł się dobrze, można było więc przystąpić do operacji wycięcia pęcherza. Niespodziewanie stan zdrowia mężczyzny się pogorszył.
Pan Andrzej trafiał z powodu niewydolności oddechowej do szpitala. Jeden z wyników badań zaniepokoił lekarkę, więc pan Andrzej w trybie natychmiastowym został przewieziony do specjalistycznego szpitala w Krakowie. To uratowało mu życie.
- Od razu pojawił się wokół mnie sztab ludzi. Lekarz powiedział mi, że ta lekarka w Pińczowie miała nosa, że coś zauważyła – mówi pan Andrzej łamiącym się głosem.
Pan Andrzej przechodzi operację usunięcia skrzepów. Lekarze mówią, że pacjent cudem przeżył, bo z tak rozległym zatorem jeszcze nikogo nie uratowali.
Konsekwencje do końca życia
Po takim zatorze istniało ryzyko, że operacja usunięcia pęcherza będzie zagrażała życiu. Część lekarzy była jej przeciwna. Decyzję pozostawiono panu Andrzejowi. Ten się zgodził, operację przeżył, ale zostaje inwalidą na całe życie.
- Końcowym efektem tej operacji to było usunięcie pęcherza. Ja tego nie rozumiałem, ale okazało się, że tam wszystko dookoła jest usunięte – mówi.
Pan Andrzej ma specjalny worek na mocz, co zmienia całe jego życie. Nie podejmuje już pracy ani nie jest w stanie spędzać czasu tak, jak kiedyś. W życiu codziennym musi pomagać mu partnerka.
- Mówię jej, że ją kocham i dziękuję jej za wszystko. Ja cierpię i ona cierpi – mówi łamiącym się głosem pan Andrzej.
- Jestem teraz kłębkiem nerwów, takie mam złości. A byłem kiedyś oazą spokoju – dodaje mężczyzna.
„Jak lekarz mógł tego nie zauważyć?”
Kolejni lekarze po analizie przebiegu choroby dają panu Andrzejowi do myślenia.
- Za każdym razem, jak pokazuję im dokumentację medyczną, to się dziwią, że jak lekarz mógł tego nie widzieć. „Ja bym tak tego nie zostawił”, mówią mi inni lekarze. I to mnie zmotywowało – opowiada pan Andrzej.
Zdaniem pana Andrzeja, przez opóźnioną diagnozę musi żyć z niepełnosprawnością, której mógł uniknąć. Gdy poczuł się lepiej, rozpoczął walkę o swoje prawa. Chce uzyskać zadośćuczynienie i polepszyć jakość życia. Zgłosił skargę do Świętokrzyskiej Izby Lekarskiej, która wszczęła postępowanie wyjaśniające przeciwko lekarzowi dotyczące braku należytej staranności polegającej na niewłaściwym zdiagnozowaniu pacjenta.
Jednak od kilku miesięcy mężczyzna nie wie, co dzieje się z jego sprawą. Świętokrzyska Izba lekarska nie potrafi podać jasnej odpowiedzi, na jakim etapie jest postępowanie. Na pytanie o udzielenie tych informacji naszej redakcji otrzymujemy pismo z odmową komentarza. Ale dzień po naszej interwencji pan Andrzej dzwoni do izby i otrzymuje informację.
„Trochę się to rozciągnęło w czasie, ale myślę, że za 3 tygodnie maksymalnie już powinno być pismo z naszej strony. Sytuacja będzie wyjaśniona” – usłyszał w końcu pan Andrzej.
„Jak nic nie znalazłem, to jaki błąd?”
Pan Andrzej chce dowiedzieć się od lekarza, co się stało, że mimo badania wstępnego, które pokazało guza, lekarz nie wykrył go w badaniu specjalistycznym.
- Obejrzałem dokładnie i nic tam nie było. To nie był błąd, no bo jak nic nie znalazłem, to jaki błąd? – powiedział lekarz.
- No to jak to możliwe, że cztery miesiące później lekarz znajduje takie coś? Jakby mnie partnerka nie namówiła, to ja bym już dawno nie żył – pytał dalej pan Andrzej.
Czy w przypadku tego pacjenta lekarz nie miał wątpliwości?
- W każdym przypadku ma się wątpliwości, nawet w najprostszych – deklaruje medyk.
Podczas naszej wizyty lekarz zaczął analizować przebieg wizyt i badania, które wykonał panu Andrzejowi.
- No teraz to widzę, co jest. Ale ten pan się więcej u mnie nie pojawił. Powinien przyjść do kontroli. Każdemu pacjentowi mówię, żeby się zgłosił – tłumaczył dalej lekarz.
- Ja pracuję jako urolog już kilkadziesiąt lat. Staram się wykonywać dokładnie swoją pracę. No czasami zdarza się, że jakiś… - zaczął lekarz.
- To ja jestem właśnie to „zdarza się” – odpowiedział lekarzowi pan Andrzej.
- Ja panu nic na to nie poradzę teraz. Mogę powiedzieć, że jest mi przykro. Po prostu nie znalazłem wtedy tej zmiany – powiedział medyk. I dodał: - Błąd to byłby jakbym nie wykonał tej cystoskopii, a ją zrobiłem. Niestety medycyna to nie jest tak, że 2 plus 2 to jest 4, czasami to jest 6.
Dlaczego lekarz nie wykrył raka?
Jak zwraca uwagę nasz reporter, Adam Barwiński, gdy stawką jest ludzkie życie, trzeba mieć wątpliwości co do wyniku badania. Rozpoznanie choroby zależy głównie od opinii lekarza, ale też od możliwości diagnostycznych. Lekarz badanie przeprowadził przeznaczonym do tego sprzętem. Dlaczego zatem nie wykrył raka, który już tam był?
W celu przeprowadzenia badania lekarz włożył do przewodu moczowego pana Andrzeja około 22-centymetrową metalową rurkę o grubości ołówka. To najczęściej dostępny w placówkach szpitalnych aparat do tego badania, które - jak w wypadku pana Andrzeja - często przeprowadzane jest bez znieczulenia.
- Myślę, że żaden z nas nie chciałby, żeby mu coś takiego wkładano do cewki i to bez znieczulenia – mówi dr n. med. Paweł Salwa. I dodaje: - To jest bolesne i myślę, że żaden urolog takiemu badaniu by się nie poddał, wiedząc jak ono przebiega.
Ból pacjenta utrudnia przeprowadzanie badania i w konsekwencji może doprowadzić do niestaranności i przeoczenia w diagnozie.
Szpitale mają rekomendowane przeprowadzanie badania cystoskopem giętkim, ale przez to, że jest nieznacznie droższy, nie jest przeważnie stosowany.
- Rzeczywiście lekarz specjalista, dostając skierowanie na to badanie z opisaną lokalizacją… no chciałoby się, żeby tę zmianę znalazł – przyznaje dr n. med. Paweł Salwa, ekspert urologii robotycznej.
- Przypadek pana Andrzeja musi budzić zdziwienie i niepokój, bo ta lokalizacja nie jest lokalizacją trudną do znalezienia. Szczególnie, że ten guz faktycznie tam był – ocenia dr n. med. Salwa.
Pan Andrzej walczy o sprawiedliwość
Pan Andrzej ostatecznie złożył zawiadomienie o popełnieniu popełnienia przestępstwa przez lekarza w prokuraturze.
- Myślę, że to jest konieczna droga. Liczę w końcu na jakąś sprawiedliwość, żeby tacy lekarze nie robili czegoś takiego z innymi pacjentami – mówi nam pan Andrzej.