Jadł, pił i nie płacił. Jan W. od lat oszukuje restauracje, a prawo wciąż jest bezradne
Biesiaduje godzinami, po czym wychodzi z restauracji, nie płacąc rachunków. Dlaczego mężczyzna wyłudzający posiłki w kolejnych lokalach nadal czuje się bezkarny?
Zamawiał kolejne dania i alkohol. Rachunków nie regulował
Szalbierz - słowo rzadko dziś używane, to określenie osoby, która oszukuje, wyłudza, wykorzystuje łatwowierność innych. Taka osoba krąży po Górnym Śląsku. Odwiedza kolejne restauracje, nie płacąc za rachunki. Szalbierstwo w polskim prawie podlega pod kodeks wykroczeń. Kto skutecznie ukróci działania oszusta?
Osoba, o której mowa to Jan W. Mężczyzna jest doskonale znany śląskim restauratorom. Biesiaduje godzinami. Zamawia dania i wytrawne alkohole, po czym nie płaci rachunku.
- Zamawiał kolejne piwa, kieliszki wódki. Wyglądał na człowieka, który dobrze czuł i sprawiało mu to przyjemność - opowiada Krzysztof Kmietowicz, właściciel restauracji.
Mężczyzna buduje wokół siebie otoczkę zapracowanego biznesmena. Przegląda dokumenty, konsumując w międzyczasie zamówione dania i trunki.
- Sprawiał wrażenie normalnego klienta. Miał identyfikator zawieszony na szyi, jakby wrócił z jakichś targów. Kulał na jedną nogę i miał wadę wymowy, ale poza tym nic nie wskazywało na to, że może mieć złe zamiary - relacjonuje Krzysztof Kmietowicz.
Roksana Weis, kelnerka z jednej z restauracji wspomina, że mężczyzna początkowo zamówił niewielką pizzę i półtoralitrowy dzbanek piwa, tłumacząc, że czeka na znajomą. Później przesiadł się bliżej wyjścia, zamówił kolejną pizzę, następny dzbanek piwa i przekonywał, że dołączy do niego kolega z Warszawy.
- Cały czas coś domawiał - alkohol, kieliszek wódki. Ostatecznie rachunek wyniósł około 250 złotych - mówi Krzysztof Krzyżak, właściciel restauracji.
Puste karty i wezwana policja
Pod koniec biesiadowania kelnerzy spotykają się z niespodziankami. Karty bankowe Jana W. okazują się puste.
- Przyłożył pierwszą kartę - odmowa. Drugą kartę - również odmowa. Zapytaliśmy więc, czy może zapłacić gotówką. Odpowiedział, że jej nie ma - relacjonuje Krzysztof Krzyżak.
- Widzieliśmy, że sprawia wrażenie osoby z niepełnosprawnością. Zastanawialiśmy się nawet z żoną, czy nie udzielić mu rabatu, bo spędził u nas tyle czasu. Potem zaczął wyciągać kolejne karty. Blokowały mu się PIN-y, udawał, że nie widzi. W końcu musieliśmy wezwać policję, bo była to dla nas poważna strata - mówi Krzysztof Kmietowicz.
Jak wspominają pracownicy, nawet po przyjeździe funkcjonariuszy Jan W. zachowywał się niezwykle swobodnie.
- W obecności policjantów nadal dolewał sobie piwo do szklanki i chciał je spokojnie pić - opowiada Monika Sulewska-Bajkiewicz, właścicielka restauracji, adwokat.
Wracał do lokali, które wcześniej oszukał
Jan W. ma wyjątkowy tupet. Do lokali, które w przeszłości oszukał - wraca ponownie.
- Gościliśmy go dwa razy. Za pierwszym razem wybrał ustronny stolik na antresoli. Zamówił śniadanie, dwie kawy, później mocniejsze alkohole, obiad i deser. Rachunek wyniósł około 380 złotych - opowiada Tristan Malczyk, właściciel innej restauracji. - Gdy przyszło do płatności, okazało się, że karta nie działa. Tłumaczył, że ma na koncie dużo pieniędzy i nigdy wcześniej nie miał takiej sytuacji - dodaje.
Kilka miesięcy później mężczyzna ponownie pojawił się w tym samym lokalu.
- Powiedziałem mu, że dobrze się składa, bo ma u nas nieuregulowany rachunek. Zaproponował, żebyśmy poszli do bankomatu. Na koncie były... cztery grosze. Od razu wezwałem policję. Zostały spisane jego dane, krótkie zeznania i panowie poprosili, żeby wyszedł - wspomina Tristan Malczyk.
34 restauracje i 12 wyroków. Wciąż tylko wykroczenia
Ustaliliśmy, że Jan W., mieszkając na terenie śląska oszukał trzydziestu czterech restauratorów i był za to wielokrotnie karany.
- Szalbierstwo za każdym razem traktowane jest jako wykroczenie. Te wykroczenia nie sumują się, nie jest to zależne od wartości wyłudzonego mienia - mówi asp. Emilia Kożuch, Komenda Miejska Policji w Rudzie Śląskiej.
Zdaniem przedstawicieli branży gastronomicznej obecne przepisy są niewystarczające.
- Gdyby odpowiadał za to jak za przestępstwo, groziłoby mu nawet osiem lat więzienia. Być może surowa kara spowodowałaby, że pan zaniechałby takich czynów w przyszłości - ocenia Monika Sulewska-Bajkiewicz.
Sądy wydały dwanaście wyroków nakazowych dotyczących wykroczeń szalbierstwa Jana W. Wymierzane są zarówno kary grzywny jak i ograniczenia wolności. Zgodnie z prawem maksymalna kara jaka grozi za to wykroczenie to miesiąc ograniczenia wolności.
- Generalnie sprawą powinien zająć się prokurator. Sądy wydają coraz surowsze wyroki. Sąd zadziałał prawidłowo, w każdej z tych spraw, kiedy wpłynęły informacje o tym z aktem oskarżenia czy wnioskiem o ukaranie, sąd wydał wyrok skazujący - mówi Agata Dybek-Zdyń, Sąd Okręgowy w Gliwicach.
Konfrontacja z reporterką i kolejne zarzuty
Jana W. odnaleźliśmy w Rudzie Śląskiej. Mimo, że jego konta przy próbach regulowania rachunków okazywały się puste, mężczyzna umieszcza w mediach społecznościowych relacje z zagranicznych podroży. Jak wytłumaczy się ze swoich oszustw?
Na pytania o nieuregulowane należności nie chciał odpowiadać.
- Nie mam w tym momencie czasu z panią rozmawiać - powiedział po otwarciu drzwi.
Zapytany, dlaczego nie płaci restauratorom, reagował agresywnie.
- Czy pani się w końcu zamknie? Pani opowiada mi głupoty - odpowiedział reporterce.
Sąsiadka mężczyzny twierdzi, że W. potrafił wykorzystywać swoją niepełnosprawność.
- On umie sprawiać wrażenie, że ma problemy z mową, ale mówi bardzo dobrze. Pod wpływem alkoholu i tabletek groził, że zabije. Miałam przyłożony widelec do szyi. Obawiam się, że kiedyś zrobi krzywdę sobie albo komuś - mówi Joanna Niebrój-Matczak, sąsiadka.
Dodaje również, że Jan W. od lat zmaga się z problemem nadużywania alkoholu.
Reporterka spytała Jana W. czy nie potrzebuje pomocy i czy nadal ma zamiar oszukiwać ludzi.
- Pani jest nienormalna. Nie chcę z panią rozmawiać, pani jest chamska, bezczelna i niewychowana - stwierdził.
Sprawy także poza Śląskiem
Jana W. - znanego śląskiego szalbierza sprawdziliśmy także w Krakowie, gdzie do niedawna mieszkał. Jak się okazało tu również oszukiwał restauracje.
Oprócz tego, Prokuratura Rejonowa w Wieliczce postawiła Janowi W. aż siedemdziesiąt jeden zarzutów związanych z posługiwaniem się sfałszowanym dokumentem. Mężczyzna miał także oferować szybkie naprawy komputerów. Choć klienci ostrzegali się przed nawiązaniem z nim współpracy.
Restauratorzy apelują o zmianę przepisów
Pracownicy restauracji zgodnie podkreślają, że Jan W. nie okazywał skruchy.
- Absolutnie nie - odpowiada Monika Sulewska-Bajkiewicz, pytana o jego zachowanie podczas policyjnej interwencji.
- Moim zdaniem zrobił sobie z tego sposób na życie. Najeść się, napić i nic za to nie zapłacić - ocenia Krzysztof Krzyżak.
- Wielu restauratorów macha na to ręką, bo chodzi o 200 czy 300 złotych. No bo jak później skutecznie odzyskać te pieniądze? - pyta Krzysztof Kmietowicz.
- Liczę na surową karę pozbawienia wolności, która sprawi, że już więcej nie będzie wracał do takich czynów - dodaje Monika Sulewska-Bajkiewicz.
Podobnego zdania jest Tristan Malczyk, właściciel drugiej restauracji.
- Jestem przekonany, że w prawie nie powinno być takich furtek, które pozwalają osobom działającym w ten sposób praktycznie bezkarnie funkcjonować.