Psy zaatakowały 9-latka i wciągnęły z drogi na posesję. „One dalej będą stwarzały zagrożenie”
Dwa owczarki niemieckie zaatakowały 9-letniego chłopca, wciągając go na posesję, z której wybiegły. Gdyby nie błyskawiczna pomoc, mogłoby dojść do tragedii. Co się wydarzyło po tak dotkliwym ataku na dziecko?
Pod koniec czerwca w jednej z opolskich wsi dwa owczarki niemieckie wybiegły z posesji jednego z rolników i zaatakowały przejeżdżającego na rowerze 9-letniego chłopca. Pogryzione dziecko zostało przetransportowane śmigłowcem lotniczego pogotowia ratunkowego do szpitala.
- Stan chłopca był poważny. Miał bardzo liczne rozległe rany, niektóre bardzo głębokie. Dotyczyły owłosionej części głowy, karku, szyi, małżowiny usznej, prawej kończyny górnej, prawej kończyny dolnej – wymienia dr n. med. Ryszard Noparlik z Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Opolu. I dodaje: - Chłopiec miał bardzo głębokie, liczne otarcia naskórka lewej połowy całego ciała, wynikające z tego, że te dwa owczarki niemieckie, które go kąsały, ciągnęły go po podłożu do kojca, z którego uciekły.
Dramat rozegrał się blisko domu 9-latka
Dramat chłopca rozegrał się bardzo blisko jego domu. Tego dnia we wsi trwały przygotowania do festynu.
9-latek wraz z ojcem, podobnie jak inni mieszkańcy, mieli pomagać w jego przygotowaniu. Chłopiec wyjechał na rowerze chwilę przed ojcem.
- Ruszyłem za nim i nagle zobaczyłem, że na drodze leży jego rowerek. Brama pobliskiej posesji była otwarta, zobaczyłem, że psy atakują syna. Z drogi przeciągnęły go aż do podwórka – opowiada pan Norbert. I dodaje: - Cały czas mam przed oczami, jak dwa duże psy gryzą moje dziecko.
Na pomoc chłopcu i jego ojcu ruszyli strażacy, którzy byli w pobliskiej remizie. Zaalarmował ich jeden z mieszkańców, który widział, jak owczarki gryzą chłopca jeszcze na ulicy. Wszyscy wbiegli na posesję, na którą psy zdążyły już zaciągnąć chłopca i odgonili je.
- Syn był praktycznie wszędzie pogryziony – opowiada pan Norbert.
Kiedy zaczęliśmy realizować reportaż, od wypadku chłopca minęło już kilka tygodni. Ze szpitala pojechaliśmy na wieś. Psy zastaliśmy w kojcu, ale brama była otwarta, tak jakby nic tu się wcześniej nie wydarzyło. Właściciel nie chciał rozmawiać.
- Weterynaria się tym zajmuje i policja – usłyszeliśmy.
Dlaczego psy po ataku nie zostały zabrane?
Sprawa o narażenie dziecka na ciężki uszczerbek na zdrowiu bądź utratę życia trafiła do prokuratury. Owczarki wybiegły na ulicę i zaatakowały chłopca, bo wydostały się z kojca, kiedy córka właścicieli zanosiła im wodę. Śledztwo trwa.
W prokuraturze zapytaliśmy, dlaczego nie zabezpieczono psów po ataku na dziecko.
- Te kwestie należą do władz samorządowych i inspekcji weterynaryjnej – przekonuje Stanisław Bar, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Opolu.
Jak w tej sprawie zatem działają służby weterynaryjne? I co do tej pory zrobiły? Odwiedzamy lekarza, który po pogryzieniu chłopca badał psy.
- Zgodnie z przepisami przeprowadziłem obserwację w celu wykluczenia lub potwierdzenia wścieklizny. Wynik jest ujemny, psy nie wykazują objawów choroby – stwierdza Karol Treffon, zastępca powiatowego lekarza weterynarii w Głubczycach.
- Psy zostały zabezpieczone i przebadane w kierunku wścieklizny. Teraz myślę, że organy ścigania, policja czy prokuratura, powinny podjąć decyzję o odebraniu zwierząt – stwierdza Karol Treffon.
Mieszkańcy boją się psów
Większość mieszkańców nie chce wypowiadać się przed kamerą, ale mówią nam, że boją się psów. Jeden z rolników, ojciec czwórki dzieci, twierdzi, że problemy z agresywnymi owczarkami we wsi były już wcześniej.
- Nieraz tu biegały. Były nawet u mnie na podwórku. Mamy stronę w internecie i tam są zdjęcia, że one wciąż uciekały właścicielom. Ja się ich bałem. Rozmawiałem z ludźmi i słyszałem od starszych osób, że boją się nawet iść do kościoła – mówi pan Adrian.
- Któregoś dnia psy wbiegły na moje podwórko i zajęły się kurą, wszędzie było pełno piór. Jakby nie kura, to pewnie by się mną zajęły – uważa jedna z mieszkanek.
Behawiorysta o psach
O takie zachowania psów pytamy naszego eksperta, behawiorystę. Pokazaliśmy mu, jak owczarki egzystują na co dzień.
Czy ich agresja może wynikać z warunków, w jakich przebywają i jak są traktowane?
- Psy żyją w bardzo złych warunkach. Ich kojec jest mały, a to są dwa sporej wielości psy – mówi Andrzej Kinteh-Kłosiński. I dodaje: - Nie trzeba mieć dużej wyobraźni, żeby rozumieć, w jakiej opresji te psy żyją. Są trzymane jako tani system alarmowy, co jest niestety bolączką wiejskich środowisk. One będą stwarzały zagrożenie, zawsze.
Psy mają być wypuszczane z kojca tylko na noc. Dotarliśmy do osoby, która anonimowo przekazała nam informacje o tym, co ma się dziać za zamkniętą bramą gospodarstwa.
- Właściciel ubija dużo świń i te psy karmione są resztkami, odpadami z uboju. Dostają surowe mięso i dlatego jest u nich taka agresja. Niedawno zagryzły 45 kur, bo weszły do kurnika – usłyszeliśmy.
Kiedy 9-latek był już w szpitalu razem z matką, do pana Norberta, który teraz zajmuje się dwójką pozostałych dzieci, przyszła żona właściciela psów. Dopytywała o zdrowie chłopca i oferowała pomoc. Rodzina, do której należą owczarki, ma jednak w dużej mierze nie poczuwać się do odpowiedzialności za to, co się stało. Mieszkańcy wsi, którzy mówili im, że psy są niebezpieczne, też mieli być zbywani.
- Na festynie właściciel mówił, że to był jeden wybryk psów i trzeba dać im szansę, że to nic takiego – przywołuje pan Adrian.
9-latka czeka długa rehabilitacja
Przed chłopcem długa rehabilitacja. Nadal odczuwa ból. Ma wykonywane kolejne zabiegi, bo niektóre z ran wymagają ponownego oczyszczenia.
- Na początku to był chłopiec, który milczał, był przerażony. W tej chwili nie chce, żebyśmy wspominali, co się stało, żebyśmy w ogóle mówili, że zaatakowały go psy. Dlatego do chłopca natychmiast poproszony był psycholog. I do tej pory jest konsultowany – mówi dr n. med. Ryszard Noparlik.
O traumie 9-latka, który wróci do domu, gdzie kilkadziesiąt metrów dalej mieszkają owczarki, nikt ze służb w ogóle nie myśli. Ani inspekcja weterynaryjna, ani lokalne władze zdają się też nie przyjmować do wiadomości tego, że psy nadal mogą stanowić zagrożenie. Skutecznie za to wszyscy przerzucają się odpowiedzialnością. Pracę lekarza, który badał psy, nadzoruje powiatowa lekarka weterynarii z inspektoratu w Kędzierzynie-Koźlu.
- Zagrożenie odnośnie tych zwierząt to nie jest kompetencja inspekcji weterynaryjnej. To kompetencja innych instytucji takich jak wójt, który może zwrócić uwagę, bo odpowiada za bezpieczeństwo. Ja nie mam możliwości, żeby przekazać psa do schroniska – twierdzi Joanna Zdobylak, powiatowy lekarz weterynarii w Kędzierzynie-Koźlu.
Wójt gminy, na terenie której znajduje się wieś, gdzie doszło do tragedii, po pogryzieniu chłopca był tam na miejscu. Jest on bratem weterynarza, który badał psy pod kątem wścieklizny.
- Nie mamy takiej władczości, aby zabrać psy albo cokolwiek zrobić. Psy zamieszkują w kojcu, a gospodarstwo jest zagrodzone i żadnego zagrożenia nie ma – stwierdza Jerzy Treffon, wójt gminy Pawłowiczki. I dodaje: - Ja czekam na sugestie doktora weterynarii, wtedy ewentualnie będziemy mogli działać. My nie mamy prawa zabrać psów.
- Moim zdaniem psy nie powinny pozostać w kojcu, tylko powinny zostać natychmiast bezwarunkowo odebrane właścicielowi i umieszczone w schronisku. Powinien nimi
zająć się wykwalifikowany behawiorysta, który na podstawie obserwacji będzie mógł powiedzieć, czy one dalej będą stwarzać zagrożenie – ocenia Andrzej Kinteh-Kłosiński.