Uwaga!

odcinek 8034

Uwaga!

Zaszyła dziecku w spodniach dyktafon, teraz ma stanąć przed sądem. „Absurdalna sytuacja”

Pani Anna wszyła w spodnie syna dyktafon, by sprawdzić, czemu chłopiec panicznie boi się przedszkola. To, co zarejestrowało urządzenie, okazało się wstrząsające. Ale dziś to pani Anna jest oskarżona, a przedszkolanki nadal pracują.

Zespół Szkolno-Przedszkolny w Ostródzie. Syn pani Anny zawsze chętnie zostawał pod opieką nauczycielek w przedszkolu. Pani Anna z kolei przez lata z sukcesami uczyła w placówce języka angielskiego. Wszystko zmieniło się 3 lata temu, gdy chłopiec trafił do grupy czterolatków.

- Zachowanie mojego syna zaczęło się pogarszać. Mówił mi, że pani krzyczy, że boi się, że pani jest niemiła. Że pani ciągnie kolegę za rękę tak, że kolega się przewraca. Doszło do sytuacji, w której dziecko wstawało rano i od razu padało: „Mamo, czy ja dzisiaj idę do przedszkola?” Mówiłam, że tak. I dziecko wpadało w histerię. To był już sygnał, że coś niepokojącego naprawdę tam musi się dziać – opowiada pani Anna.

- Rozmawiałam z pedagogiem, psychologiem szkolnym i z jedną z nauczycielek. Nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi na pytania, dlaczego mój syn tak, a nie inaczej reaguje – dodaje kobieta.

Wszyła w spodnie dziecka dyktafon

Zaniepokojona mama zdecydowała się wszyć w kieszeń dziecka dyktafon. To, co urządzenie zarejestrowało w ciągu trzech dni, okazało się szokujące.

- To było coś, co nie mieści się w żadnych normach. Słuchając tego, przeżyłam załamanie nerwowe – podkreśla pani Anna.

Wyzwiska i krzyki, które zarejestrował dyktafon, miały być kierowane do syna pani Anny i dwóch innych chłopców. Kobieta postanowiła powiadomić ich matki i udostępnić im fragmenty nagrań.

- Wysłuchałam chyba jeden fragment albo dwa. Nie byłam w stanie słuchać dalej, byłam przerażona – mówi matka jednego z chłopców. I dodaje: - Zawsze syn płakał przy drzwiach w przedszkolu, nie chciał wchodzić do sali. Prosił też, żebym zajrzała i powiedziała, która z pań jest w środku.

- Swoje pierwsze kroki skierowałam do pana dyrektora. Poszłam wraz z nagraniami, żeby mógł się szybko do tego odnieść. Dyrektor powiedział, że zorganizuje spotkanie z nauczycielami i że podejmie odpowiednie kroki – przywołuje pani Anna.

Nauczycielki nie zostały zawieszone

Ku zaskoczeniu pani Anny, dyrektor postanowił nie zawiadamiać w tej sprawie prokuratury, a jedynie kuratorium oświaty. Nauczycielki nie zostały zawieszone. Po miesięcznym zwolnieniu lekarskim, dwie z trzech kobiet, których skandaliczne zachowanie zostało zarejestrowane, wróciły do pracy z dziećmi.

- Jeżeli ubliża się dzieciom, to jest to przemoc emocjonalna – podkreśla psycholożka Mirosława Kątna. 

Wobec braku reakcji ze strony dyrektora, pani Anna sama złożyła do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Okazało się, że zawiadomienie do prokuratury skierowali też inni rodzice dzieci z tej samej grupy. Tyle że nie w sprawie skandalicznego zachowania opiekunek, a nielegalnego nagrywania przez panią Annę.

Ma odpowiedzieć za użycie dyktafonu

- Bardzo mała grupa pokrzywdzonych rodziców, dwójka, trójka, zaczęła nakręcać sytuację, rozmawiać z resztą rodziców, na zasadzie: „A może twoje dziecko mówiło, co działo się w domu i dyktafon to zarejestrował?”. Szukały rodziców, którzy stwierdzą, że są poszkodowani – opowiada pani Anna.

Próbowaliśmy zapytać o motywy działania rodziców, którzy zawiadomili o postępowaniu pani Anny, jednak nie byli oni skorzy do rozmowy.

- W nagraniu słyszałam tylko to, co słyszy mój 4-letni syn. Nagle okazuje się, że dostaję akt oskarżenia, w którym jest napisane, że otrzymałam dostęp do informacji, do których nie byłam upoważniona. Dla mnie tą informacją było to, jak moje dziecko było traktowane – tłumaczy nasza rozmówczyni.

Pani Anna została oskarżona o nielegalne nagrywanie oraz ujawnienie nagrań osobom trzecim. Miała tym samym bezprawnie przetworzyć dane osobowe pozostałych dzieci z grupy czterolatków. W sumie grozi jej za to do 2 lat pozbawienia wolności. W tym samym czasie sprawę o przemoc wobec dzieci umorzono i to dwukrotnie.

- W ostatecznym umorzeniu pani prokurator napisała, że „zachowania nauczycielek miały na celu jedynie spowodowanie u dzieci właściwego zachowania i dostosowania się do norm społecznych obowiązujących w przedszkolu” – cytuje pani Anna.

- Pani prokurator stwierdziła, że czynności podejmowane przez nauczycielki były to po prostu metody wychowawcze – oburza się nasza rozmówczyni.

W Prokuraturze Rejonowej w Ostródzie z jednej strony umorzono postępowanie w sprawie znęcania się nad dziećmi, z drugiej strony oskarżono panią Annę o nielegalne nagrywanie. Prokuratorzy, którzy podejmowali te decyzje, nie spotkali się z nami przed kamerą. Wskazana została rzeczniczka prasowa prokuratury z Elbląga.

- Prokurator uznał, że dla oceny stopnia społecznej szkodliwości czy pani Anna działała w stanie wyższej konieczności, chcąc chronić swoje dziecko, decyzję winien podjąć sąd po wysłuchaniu wszystkich stron tego konfliktu – mówi Ewa Ziębka z Prokuratury Okręgowej w Elblągu.

Pani Anna została zawieszona w obowiązkach nauczycielki

Tuż po postawieniu pani Annie zarzutów dyrektor placówki zdecydował się zawiesić ją w obowiązkach nauczycielki języka angielskiego. Wskazywał, że zgodnie z Kartą Nauczyciela musiał to zrobić, bo zarzuty dotyczą czynu naruszającego prawa i dobro dziecka.

- W jaki sposób ja naruszyłam dobro dziecka? W moim mniemaniu chroniłam dobro dziecka. Mamy absurd – mówi pani Anna.

Zadzwoniliśmy do dyrektora placówki.

- Żadnej z tych pań nie postawiono zarzutów, nie skierowano żadnego aktu oskarżenia, ani nie wszczęto żadnego procesu sądowego - stwierdził.

- Na komisji skarg, wniosków i petycji pan dyrektor wyjaśnił, dlaczego zawiesił mnie, a nie tamte nauczycielki i cytuję: „To teraz, za przeproszeniem, nie szarpałbym się, brzydko mówiąc, z jedną panią, tylko z czwórką albo piątką. To już w ogóle człowiek by oszalał w takim sensie, że to wprowadza nie tylko dla pani Ani nerwową atmosferę, ale też dla mnie” – przywołuje pani Anna.

Sąd, do którego trafił akt oskarżenia przeciwko pani Annie, umorzył postępowanie, twierdząc, że kobieta działała w stanie wyższej konieczności. Chciała po prostu chronić swoje dziecko. Prokurator jednak odwołał się. Sprawa wróciła na wokandę.

- Mamy do czynienia z bardzo szczególnym przypadkiem, kiedy małe dziecko zgłasza stosowanie co najmniej werbalnej przemocy wobec niego. Rodzic nie ma możliwości innego zweryfikowania tego, czy jego dziecko mówi prawdę. I mam wrażenie, że te wszystkie czynniki nie zostały przez prokuraturę należycie rozpoznane i wzięte pod uwagę – ocenia adwokatka Eliza Kuna.

- Czeka mnie kolejne „x” lat zawieszenia, myślenia o tej sprawie, jeżdżenia na rozprawy - mówi pani Anna.

- To jest coś bardzo obciążającego psychicznie. Mam dwójkę dzieci. Chciałabym się w końcu nimi zająć, chciałabym po prostu zacząć żyć pełnią życia. Niestety nie mogę, bo od trzech lat wisi nade mną proces karny – oburza się kobieta.