Z dnia na dzień zakazali im wchodzenia do własnych mieszkań. Gdzie mają się teraz podziać?
Od miesięcy prosili o remont bloku, ale cały czas zapewniano ich, że jest bezpiecznie. Nagle mieszkańcy jednego z bloku na warszawskim Ursynowie dowiedzieli się, że ogłoszono klęskę budowlaną i z dnia na dzień mają się wyprowadzić.
Ponad 40 rodzin niespodziewanie dowiedziało się, że ich blok przy ulicy Hirszfelda 2 na warszawskim Ursynowie został wyłączony z użytkowania.
Mieszkańcy od miesięcy alarmowali o tragicznym stanie jednej z klatek. Mimo widocznych uszkodzeń wszyscy zapewniali, że reszta budynku jest bezpieczna, a przede wszystkim, że nie ma konieczności przesiedlenia ludzi.
- My się najbardziej obawiamy, że będziemy musieli się stąd wyprowadzić w ciągu pięciu minut – mówili wtedy mieszkańcy.
Blok na Ursynowie grozi zawaleniem?
Czarny scenariusz spełnił się w ubiegły piątek. Tuż przed południem w nieruchomości pojawili się pracownicy nadzoru budowlanego i wydali szokującą dla mieszkańców decyzję.
- Ogłosili katastrofę budowlaną. Gaz jest już wyłączony – mówi nam jedna z mieszkanek.
- Pani przyszła i powiedziała: „Proszę natychmiast się stąd wynieść”. Nie mam działki, nie ma kto mnie przyjąć. Ja jestem schorowany człowiek – dodaje mieszkaniec bloku.
Mimo że problemy ze stanem technicznym dotyczyły tylko części bloku, zamknięto cały obiekt. W efekcie kilkadziesiąt osób w jednej chwili pozostało bez dachu nad głową. Jak twierdzą mieszkańcy, bez jakiejkolwiek pomocy.
Razem z mieszkańcami bloku przy Hirszfelda 2 próbujemy skontaktować się z przedstawicielami spółdzielni. Co mają ze sobą zrobić mieszkańcy?
- Zadałem panu inspektorowi takie samo pytanie. Uzyskałem informację, że on wydaje decyzję ustną z nakazem natychmiastowej wykonalności. Uruchomiliśmy klauzulę katastrofy budowlanej i na podstawie tego będziemy pomagali w znalezieniu lokali zamiennych – tłumaczy Tomasz Fazan, zastępca prezesa SMB "Imielin".
- Spółdzielnia dziś nie zapewni im mieszkań – dodał.
Gdzie mają podziać się mieszkańcy bloku na Hirszfelda 2?
Pani Weronika kupiła mieszkanie w tym bloku miesiąc temu. Wprowadziła się do niego zaledwie tydzień wcześniej.
- No i nagle okazuje się, że trzeba się wynieść i to ze skutkiem natychmiastowym – mówi.
- To mieszkanie kosztowało mnie prawie milion złotych. Jest duże, fajne, takie jak chciałam. Wszystko byłoby idealnie, gdyby tylko się blok nie rozpadał. To jest dramat. Może być tak, że ten blok zburzą – dodaje.
- Media trąbią o sytuacji od dwóch tygodni, a inspektor pojawił się w piątek przed południem, kiedy my nie mamy możliwości wykonania jakiegokolwiek ruchu. To jest robienie nam na złość – uważa pani Małgorzata, mieszkanka bloku.
Nadzór budowlany stan budynku zna od kilkunastu miesięcy. W tym czasie przeprowadzono wiele ekspertyz. W marcu 2026 roku wydano nakaz przeprowadzenia remontu. Na wymagane prace urzędnicy wyznaczyli wówczas 12 miesięcy.
Bezradni mieszkańcy zwrócili się o pomoc do burmistrza Ursynowa Roberta Kępy, który jeszcze dwa tygodnie temu w Uwadze! zapewniał o swoim wsparciu.
- Podtrzymuję deklarację, że będziemy udzielali tej pomocy, ale mówimy o pomocy mieszkaniowej na czas przeprowadzenia remontu (…) W tej chwili nie jesteśmy w stanie tej pomocy udzielić, bo ja nie mam interwencyjnych możliwości i jest to obowiązek spółdzielni – powiedział burmistrz Kępa.
Kto podnosi odpowiedzialność za lokale dla mieszkańców Ursynowa?
Na prośbę mieszkańców na miejscu pojawił się prawnik z Okręgowej Rady Adwokackiej.
- Państwo jesteście mieszkańcami Warszawy i macie prawo domagać się pomocy, a nie przerzucania odpowiedzialności na instytucję, spółdzielnię, która nie dysponuje zapleczem – uważa Rafał Dębowski, adwokat z Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie.
Kontaktujemy się zatem ze stołecznym ratuszem.
- Dla mnie jest to niewiarygodne, żeby na Ursynowie doprowadzić do sytuacji, że się komuś mówi tak z minuty na minutę, że będzie musiał się wyprowadzić. (…) Nigdy nie jest tak, że mieszkaniec w Warszawie jest pozostawiony sam sobie, więc jeżeli chodzi o zagwarantowanie lokum, to na pewno miasto pomoże – zadeklarowała Edyta Mydłowska-Krawcewicz, naczelniczka wydziału prasowego m.st. Warszawy.
Naczelniczka wydziału prasowego miasta obiecała skonsultować sytuację. Po kilkunastu minutach oddzwoniła z informacją, że miasto nie jest w stanie pomóc.
- To nie są zalecenia. To jest decyzja administracyjna, która jest wiążąca w stosunku do wszystkich mieszkańców i do spółdzielni. Nakazano opróżnienie tego budynku. W związku z tym nie wolno z nim zgodnie z prawem dzisiaj przebywać - podkreśla mec. Rafał Dębowski.
Emocje mieszkańców narastały. W końcu, po kilku godzinach oczekiwania, na miejscu pojawił się przedstawiciel spółdzielni.
- Spółdzielnia nie jest w stanie w ciągu kilku godzin załatwić kilkudziesięciu lokali zastępczych – mówi Tomasz Fazan, zastępca prezesa zarządu SMB "Imielin". I dodaje: - W tej chwili mamy w hotelu 40 pokoi, z których można na razie skorzystać w przeciągu weekendu.
- Z tego co mi przekazano, możecie państwo znaleźć sobie we własnym zakresie mieszkanie o zbliżonym metrażu i zbliżonym standardu - poinformował mieszkańców zastępca prezesa.
Kto podpisze umowę najmu? Co jeśli ubezpieczyciel nie zechce później wypłacić im pieniędzy? Co z czynszami za mieszkania, z których musieli się wyprowadzić? – pytali mieszkańcy.
Na te pytania przedstawiciel spółdzielni nie był w stanie odpowiedzieć.
Mieszkańcy bali się, że wejścia do bloku zostaną zamurowane
Przez weekend w hotelu nocowała tylko jedna osoba. Mieszkańcy nie dostali pomocy w transporcie. Nie wiedzieli też, kto podczas ich nieobecności miałby pilnować majątku.
Pojawiły się obawy, że w poniedziałek zamurowane zostaną wejścia do klatek schodowych. Zapadła więc decyzja, że wszyscy zostaną w mieszkaniach. Z nadzieją, że w poniedziałek miasto lub spółdzielnia zorganizują pomoc w przeprowadzce i wynajmą mieszkania zastępcze.
- Ludzie nie chcą się wyprowadzić, bo nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Nie ma tutaj przy budynku nikogo z zarządu. Nie mamy żadnych informacji. Dostałem informację, że prezes do 20 lipca jest na urlopie – mówi pan Jarosław, mieszkaniec bloku.
W poniedziałek od rana pytaliśmy władze miasta, co mają zamiar zrobić z kryzysem przy ul. Hirszfelda 2. Nie uzyskaliśmy odpowiedzi, dlatego udaliśmy się do siedziby prezydenta Rafała Trzaskowskiego.
- U nas takie sprawy są rozpoznawane i załatwiane dzielnicowo. Jestem po rozmowie z panem burmistrzem, który mi powiedział, że ma serię spotkań w tej sprawie. Jeżeli natomiast dzielnica nam zasygnalizuje, że jest potrzebne wsparcie miasta, to oczywiście będziemy działać – mówi Marzena Gawkowska, zastępczyni rzeczniczki prasowej m. st. Warszawy.
- Z tego co mi przekazał burmistrz, dzielnica intensywnie działa, żeby wyznaczyć dla mieszkańców lokale zastępcze – dodaje.
„To się nie wydarzyło z dnia na dzień, tylko to już się ciągnie od 2009”
Po naszej interwencji w ratuszu na stronie dzielnicy Ursynów pojawił się komunikat.
Czytamy w nim ponownie o odpowiedzialności spółdzielni. Urząd twierdzi, że mieszkańcy mogą wynająć mieszkania socjalne, ale na Ursynowie nie ma obecnie wolnych lokali.
W poniedziałek spółdzielnia złożyła odwołanie od decyzji nadzoru budowlanego. Urzędnicy z PINB nadal nie chcieli nam udzielić żadnych informacji, jakie kroki planują.
- Moja mama była uspokajana non stop, że „nam się sufit na głowę nie zwali”, ale nikt nie nam nie powiedział, że będziemy mieli katastrofę budowlaną. To się nie wydarzyło z dnia na dzień, tylko to już się ciągnie od 2009 – mówi pani Agata, mieszkanka bloku.
Jak przekazali nam mieszkańcy, administracja szykuje się do ogrodzenia budynku i przeprowadzki ludzi. Kosztami chce jednak obciążyć lokatorów. W grożącym zawaleniem bloku nadal przebywają ludzie. Mieszkańcy planują pozew przeciwko spółdzielni.