Uwaga!

odcinek 8029

Uwaga!

Wiedział, że jego psy mogą zabić, nic z tym nie zrobił. „Mam żal do wszystkich, którzy nie zareagowali”

Pan Marcin zginął pogryziony przez psy. Prokuratura sporządziła akt oskarżenia w sprawie śmierci 46-latka. Czy można było uniknąć tragedii?

Wracamy do Zielonej Góry i sprawy śmierci mężczyzny dotkliwie pogryzionego przez agresywne owczarki. Po wielu miesiącach śledztwa prokuratura sformułowała akt oskarżenia i postawiła zarzuty.

- [Piotrowi M.] zarzucono spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu skutkującego śmiercią pokrzywdzonego. Czyn jest zagrożony karą od pięciu lat pozbawienia wolności do dożywocia. Drugi zarzut, po opinii biegłych, dotyczy znęcania się nad zwierzętami – mówi Ewa Antonowicz z Prokuratury Okręgowej w Zielonej Górze.

Zagryzienie 46-latka w Zielonej Górze

Do tragedii doszło w październiku ubiegłego roku. 46-letni kierowca tira podczas postoju na leśnym parkingu, wyszedł na spacer do pobliskiego lasu. Tam został zaatakowany przez agresywne owczarki.

Po co najmniej godzinnej, dramatycznej walce z agresywnymi psami, dotkliwie poraniony mężczyzna resztkami sił, zdołał wezwać pogotowie. Zapis rozmowy z dyspozytorem stał się kluczowym dowodem w sprawie.

- Zatelefonował na 112, prosząc o ratunek. Leżał dwie godziny, ubrania miał rozerwane przez psy – opowiadał pan Jerzy, ojciec zagryzionego mężczyzny.

- W ramach tego połączenia telefonicznego pokrzywdzony wskazał, gdzie znajduje się, a także co się wydarzyło. Opisał również przebieg tego zdarzenia – mówi prokurator Ewa Antonowicz.

Kiedy ratownikom udało się dotrzeć na miejsce, ranny mężczyzna wymagał natychmiastowej pomocy. Psów nie było już w pobliżu.

- Niewiarygodne, ile też mężczyzna miał w sobie determinacji, żeby jeszcze wezwać służby ratunkowe. Jego stan był krytyczny. Miał liczne rany po pogryzieniu. Próbował się bronić, walczył o swoje życie – mówił Marcin Gałecki z Pogotowia Ratunkowego w Zielonej Górze.

- Jak zobaczyłam jego ręce, to byłam przerażona. Rany były bardzo dotkliwe i głębokie. To był straszny widok – mówiła pani Joanna, partnerka pana Marcina.

Do pogryzienia doszło 100 metrów od strzelnicy

Do dramatycznego zdarzenia doszło zaledwie 100 metrów od strzelnicy, w której w tym samym czasie przebywał właściciel psów. To on po sygnałach od służb pojawił się w miejscu wypadku jako pierwszy.

– Ustalono, że podejrzany nie zauważył, kiedy psy opuściły strzelnicę i zaatakowały pokrzywdzonego. Po przyjeździe patrolu policji, a następnie karetki pogotowia, na miejscu nie ujawniono zwierząt. Wcześniej z tego, co ustalono, podejrzany zabezpieczył dwa psy, które znajdowały się przy pokrzywdzonym. Natomiast trzeci pies został odłowiony przez pracowników schroniska - mówi prokurator Ewa Antonowicz.

- Znaleźliśmy go, jak leżał w trawie. Był zakrwawiony, dyszał. Widać było, że był po jakiejś sytuacji – mówi Dominika Gręzicka, pracownica schroniska dla zwierząt w Zielonej Górze.

- On powinien wiedzieć, że nie ma jego psów. I zareagować. Poszukać ich, tak by się zachował każdy normalny człowiek, który posiada psa i czuje się za niego odpowiedzialny. Marcin na pewno wrzeszczał w lesie – mówi pani Joanna.

Mężczyzna trafił do zielonogórskiego szpitala. Rozpoczęła się intensywna walka lekarzy o jego życie.

- Obrażenia, które miał, dotyczyły praktycznie całego ciała. Najbardziej uszkodzone były kończyny. To był potężny, silny mężczyzna. Zadzwonił po pomoc, ale gdyby był ktoś, powiedzmy, delikatniejszy w budowie, może by nie był w stanie tego zrobić – mówi dr n. med. Bartosz Kudliński ze Szpitala Uniwersyteckiego w Zielonej Górze.

Mimo licznych operacji i wielogodzinnej akcji ratunkowej 46-latek zmarł.

Co ustalili biegli sądowi?

Właścicielem psów jest Piotr M., były funkcjonariusz policji. Mężczyzna prowadził strzelnicę w sąsiedztwie parkingu, a przebywające tam zwierzęta miały być szkolone. Ustalenia biegłych są wstrząsające.

- Z ustaleń biegłych wynika, że strzelnica nie jest odpowiednim miejscem dla zwierząt. Właściwości tego wybiegu były nieodpowiednie dla tego typu psów – mówi prokurator Ewa Antonowicz. I dodaje: - Psy najprawdopodobniej miały być szkolone do celów obronnych. Natomiast szkolenia były przeprowadzane w sposób niewłaściwy. Zwierzęta nie potrafiły w sposób odpowiedni zaatakować, obronić, dlatego też ofiary były rozszarpywane.

Psy już w przeszłości atakowały ludzi

Po tragedii owczarki trafiły na obserwację, gdzie przebywają do dziś. Jak ustaliliśmy, w przeszłości zwierzęta także atakowały ludzi. Trzy lata temu psy należące do Piotra M. dotkliwie pogryzły spacerujące w lesie kobiety. Jedyną konsekwencją, jaka spotkała właściciela zwierząt, była nałożona na niego grzywna. 

- Pies ugryzł mnie w przedramię, a córka miała rany szarpane ręki i nogi. To nie były zadrapania. Ona miała założone dwa szwy. Blizny ma do dzisiaj. Właściciel dostał grzywnę w wysokości 600 zł za niedopilnowanie psów. W ogóle nie ma mowy o pogryzieniu – mówi nasza rozmówczyni.

Rok po tym incydencie owczarki ponownie zaatakowały. Mężczyzna, któremu właściciel strzelnicy zarzucił rzekome włamanie na jej teren został dotkliwie okaleczony przez psy. Mimo to zwierzęta nie zostały skierowane na obserwację.

Nasze ustalenia wskazują na to, że właściciel psów mógł być świadomy agresji należących do niego zwierząt. Świadczy o tym choćby jeden z wpisów w mediach społecznościowych zabezpieczonych przez redakcję Uwagi!

„Psy wygrały, tylko tyle napiszę dla dobra psów (…). Psy dogoniły go (…) nie przeżyłby. Trafił do szpitala, wczoraj został wybudzony ze śpiączki, odebrał bardzo bolesną i surową lekcję”, napisał właściciel.

- Ten wpis jest znany w prokuraturze, stanowi m.in. element materiału dowodowego. I właśnie ten wpis, stanowiący dowód tego, że właściciel psów ma świadomość, że te zwierzęta mogą nawet zagryźć człowieka, w ocenie prokuratora stanowi dowód tego, że jego działania były umyślne – tłumaczy prokurator Ewa Antonowicz.

Rozmawialiśmy z ekspertem, który analizował wypadek pod kątem agresji psów.

- Psy nie planują, w rozumieniu ludzkim, że zaatakują i zabiją człowieka. To jest impuls, który wynika z wielu czynników, często jest to reakcja lękowa czy wynikająca z frustracji. To jest reakcja, która ma swoje korzenie w złym traktowaniu psów, w braku właściwej opieki, w niskim poziomie dobrostanu – mówi dr Robert Maślak, zoolog.

- Te psy prawdopodobnie nie były wychowywane i prawdopodobnie nie były szkolone, bo tego nie widać. Po profesjonalnym szkoleniu powinny zachowywać się inaczej. To są psy, które mają swoją historię, historię ucieczek. Wielokrotnie uciekały. Ludzie bali się tych psów. Brak reakcji na pierwszy incydent agresji jest ogromnym błędem ze strony człowieka. Nad psem trzeba panować – dodaje dr Robert Maślak.

- Właściciel powinien ponieść konsekwencje, ponieważ to on, a nie psy, jest odpowiedzialny za wypadek – podkreśla ekspert.

- To by się nigdy nie przytrafiło, nigdy, gdyby te psy zostały odebrane wcześniej temu człowiekowi. Tym bardziej, że on się nie opiekował nimi w należyty sposób – mówi pani Joanna.

Psy nadal pozostają w miejscu, do którego trafiły na obserwację. Nie wiadomo, jaki będzie ich los.

Piotr M. jest lokalnym przedsiębiorcą i byłym policjantem zielonogórskiej policji. Pracę w tej formacji stracił siedem lat temu. Od tej pory zajmował się prowadzeniem strzelnicy oraz hodowlą owczarków. Policja nie ujawnia, z jakiego powodu mężczyzna został zwolniony z służby.

- Mam żal do wszystkich, którzy nie zareagowali, a wiedzieli, co się tam dzieje. Jestem wściekła, że przez ludzką nieodpowiedzialność mój Marcin musiał tak bardzo cierpieć. Zmarł w niewyobrażalnych męczarniach. Cały czas myślę o nim. O tym jak on strasznie musiał cierpieć. To jest dla mnie przerażające – kwituje pani Joanna.