15-latka potrącona na pasach. Czy lekarz w karetce rzeczywiście ją ratował, czy tylko przewoził?
15-letnia Oliwia zmarła dwa tygodnie po potrąceniu przez samochód. Jak wyglądała pomoc udzielona przez lekarza karetki, która przyjechała na miejsce wypadku? Medycy ze szpitala, gdzie trafiła dziewczynka, zawiadomili w tej sprawie prokuraturę.
15-letnia Oliwia pół roku temu, idąc rano do szkoły, została potrącona przez samochód na przejściu dla pieszych. Kierująca autem kobieta jechała z prędkością 59 km/h i jak się okazało, nie hamowała. Po wypadku, według relacji świadków, tłumaczyła, że nie zauważyła dziewczynki. Spotkaliśmy się z kobietą, która była świadkiem tego wypadku.
Jak wyglądał wypadek, w którym potrącono 15-latkę?
- Odwoziłam wtedy syna do szkoły. Było po siódmej. W pewnym momencie syn powiedział: „Mamo, ktoś tam zemdlał, upadł”. Zastanowił się chwilę i powiedział: „Wiesz, mamo, chyba wypadek”. Niewiele myśląc, zjechałam na pobocze – opowiada nasza rozmówczyni.
- To było to przejście. Dziewczynka leżała na poboczu – pokazuje nam kobieta.
Nasza rozmówczyni po wypadku podbiegła do dziecka. Przy leżącej dziewczynce był już jakiś mężczyzna. Według relacji świadków, Oliwia miała ranę z tyłu głowy, była nieprzytomna i słabł jej oddech.
Na miejsce wezwane zostało pogotowie. Specjalistyczna karetka przyjechała szybko.
- Przyjechała trzyosobowa załoga pogotowia. Ratownik, ratowniczka i lekarz. Ratownik na pewno miał torbę i została ona otworzona, ale zaraz natychmiast została zamknięta. Lekarz podszedł, spojrzał na dziecko z góry, na głowę, a potem przeszedł się w stronę nóg, spojrzał znowu. Potem znowu wrócił do głowy, nachylił się, zbadał tętno i stwierdził: „Zabieramy”. I to było wszystko. I po prostu położono ją na deskę – relacjonuje nasza rozmówczyni.
- Dziecko zaczęło drżeć, wyginało ją. Pielęgniarka stwierdziła: „Pręży nam”. Odsunęłam się, obok stał jeden z nauczycieli. Od razu we dwoje naraz powiedzieliśmy: „To nie powinno tak wyglądać” – dodaje kobieta.
Dziewczynkę wniesiono do karetki.
- Zawsze mamy przeświadczenie, że jeżeli przyjeżdża karetka, to możemy być spokojni. A tu nie przyjechał ratunek. Tu moim zdaniem przyjechała śmierć. Tak to wszystko wyglądało – oburza się nasza rozmówczyni.
Próba ratowania Oliwii
Nieprzytomną 15-latkę z poważnym urazem głowy karetka zawiozła na oddział SOR do jednego z radomskich szpitali. Powiadomieni o wypadku rodzice dziewczynki przyjechali tam bardzo szybko. Wpuszczono ich na OIOM.
- Zobaczyliśmy córkę na łóżku, pod aparaturą. Miała spuchniętą głowę – opowiada pan Dariusz. I dodaje: - Miałem nadzieję, że z tego wyjdzie. Żona zaczęła płakać. Wyszedł do nas pan doktor, przytulił. Powiedział, że jest uraz mózgu, że jej stan jest bardzo ciężki.
Dziewczynka została wprowadzona w stan śpiączki farmakologicznej. Po dwóch tygodniach konsylium lekarskie stwierdziło u niej śmierć pnia mózgu.
- Powiedzieli, że możemy się pożegnać z córką – wspomina zrozpaczony pan Dariusz.
- Tęsknię za córką, to jest nie do opisania. Do tej pory nie dociera do nas, że to się stało, że jej już nie będzie – mówi pani Ilona. I dodaje: - Córka była bardzo poukładana, miała swoje plany, bardzo chciała podróżować. Chciała lecieć do Japonii, uczyła się języka.
Lekarze ze szpitala złożyli zawiadomienie do prokuratury
Dla rodziców dziewczynki ból po stracie córki jest nie do zniesienia. Po śmierci Oliwii dowiedzieli się, że dwóch lekarzy ze szpitala zawiadomiło prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa. Ich zdaniem lekarz, który przyjechał karetką, miał dopuścić się zaniedbań polegających na niewykonaniu wymaganych procedur medycznych przy udzielaniu pomocy poszkodowanej.
- Widzieliśmy się z panią ordynator przy odbiorze dokumentów. Zapytaliśmy o tego lekarza i o zawiadomienie. Doktor potwierdziła, że miały miejsce bardzo duże zaniedbania. Powiedziała, że chodzi o brak intubacji dziecka. Córka nie miała podanych właściwych leków. Nie była zabezpieczona w transporcie, tak jak należy - przywołuje matka 15-latki.
Tak radykalna reakcja medyków nie jest powszechnym zjawiskiem, ponieważ zazwyczaj ich środowisko zawodowe jest w złym znaczeniu tego słowa solidarne. Lekarze, którzy zawiadomili prokuraturę, odmówili rozmowy z nami. Udało nam się dotrzeć jednak do pracownika medycznego, który był w pracy, kiedy karetka przywiozła Oliwię.
- Przywieziono ją totalnie niezabezpieczoną, prężącą się, wygiętą, nieprzytomną. Bez żadnego zabezpieczenia, bez monitorowania – mówi nasz rozmówca.
- Ona powinna zostać zaintubowana, podłączona do respiratora. Była nieprzytomna. To były bezwzględne kwalifikacje do tego, żeby ją zaintubować. Żeby to zrobić przy prężącej się dziewczynce, powinny być podane odpowiednie leki – zwiotczające, sedatywne, które są na wyposażeniu karetki – dodaje mężczyzna.
- Ona przyjechała z bardzo niską saturacją. Prawdopodobnie udusiła się podczas transportu. Przez wiele minut była niedotleniona, więc następuje obrzęk mózgu, a w następstwie, obumarcie pnia mózgu i śmierć – ocenia nasz rozmówca.
Lekarz z karetki pracował w radomskim pogotowiu. To doświadczony lekarz pracujący od lat w zespołach medycznych karetek. Zastajemy go pod adresem, gdzie ma zarejestrowaną działalność gospodarczą.
- To była śmierć mózgowa na miejscu, to było nie do przeżycia – stwierdza medyk.
Na pytanie reporterki, dlaczego nie zaintubował dziewczynki, mężczyzna stwierdził, że nie było takiej potrzeby.
- Dziecko miało założone wkłucie, dostało pyralginę, dostało płyny, tlen i było odsysane – mówi lekarz.
Inaczej sprawę widzi pracownik medyczny, z którym rozmawialiśmy.
- Dziecko było nieprzytomne, bez reakcji na bodźce, to w czym miała pomóc pyralgina? On jej nie ratował. Po prostu ją przewiózł i tyle. I dlatego myślę, że lekarze z SOR-u już nie wytrzymali, jak zobaczyli taką dziewczynkę, tak przywiezioną, tak niezabezpieczoną, w tak skandaliczny sposób przekazaną, to ich serce, godność, nie pozwalała na to, żeby nie zawiadomić prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa – słyszymy.
Prokuratura prowadzi śledztwo od pół roku. Pacjentów, którymi medyk mógł zajmować się nienależycie, może być więcej. Na rozmowę z nami zgodzili się rodzice 2,5-letniej dziewczynki z wadą serca. Do dziecka przyjechała karetka wezwana przez internistę, ponieważ podczas wizyty w gabinecie lekarskim dziewczynka czuła się coraz gorzej.
- Lekarz z karetki wszedł dość swobodnym krokiem. Nie wydaje mi się, żeby spojrzał na dziecko. Poprosił o książeczkę zdrowia. Spojrzał na pierwszą stronę, gdzie ręcznie nie było wpisanego numeru PESEL dziecka. I skupił się tylko na tym przez najbliższe 10-15 minut. Wręcz krzyczał, że to są jakieś niedopełnienia medyczne, że to tak nie może być, że w książeczce zdrowia nie ma PESEL-u. A córka leżała nieprzytomna na kozetce. Miała sine palce, wręcz fioletowe. Sine były też usta, ciężko oddychała. Powiedziałam mu, że to dziecko ze złożoną wadą serca – podkreśla matka dziewczynki.
Zespół karetki zawiózł dziecko do szpitala, w którym nie było oddziału kardiologii. Na miejscu okazało się, że konieczna jest operacji kardiochirurgiczna. W związku z tym dziecko przetransportowano do warszawskiego szpitala.
- Następstwem działań lekarza z karetki było opóźnienie przynajmniej o dobę przybycia dziecka do szpitala, w którym przeszła operację. Doba w takich sytuacjach to jest wieczność. Na szczęście zebrał się zespół chirurgiczny i byli w stanie w trybie pilnym wykonać operację w sobotę – opowiada ojciec dziecka.
O sprawę zapytaliśmy lekarza pogotowia.
- Nie jest pani obiektywna, nie ma pani wiedzy medycznej. Dziecko pojechało do szpitala, było zaopatrzone – stwierdził w rozmowie z reporterką Uwagi.