Bliźnięta więzione w domu przez 30 lat. „Przerwaliśmy tę straszną historię”
Koszmar na Suwalszczyźnie. Bliźnięta były przetrzymywane w domu nawet przez 30 lat! Normalne, zdrowe dzieci po ukończeniu ósmej klasy nagle zapadły się pod ziemię – sąsiedzi usłyszeli, że wyjechały. Ale prawda okazała się zupełnie inna.
Historia wydarzyła się w malowniczej wsi na skraju Wigierskiego Parku Narodowego na Suwalszczyźnie. Choć domy są tu oddalone jeden od drugiego, ludzie wiedzą o sobie sporo. Ta od lat skrywana tajemnica zszokowała mieszkańców.
Po skończeniu podstawówki dzieci zniknęły
W jednym z domów mieszkało małżeństwo z trojgiem dzieci. Dwoje z nich, Marzena i Janusz – bliźnięta, miało opuścić dom rodzinny po ukończeniu szkoły podstawowej. Wcześniej dzieci uczyły się dobrze, były towarzyskie, zadbane i ambitne. Po jej ukończeniu podstawówki słuch po bliźniętach zaginął.
- Ostatni raz widziałam ich, jak byli jeszcze mali – mówi jedna z sąsiadek.
- Jak oni mieli ciągnik-papaj, to Janusz jeszcze nim pracował. Mógł mieć wtedy jakieś 20 lat – przypuszcza jeden z sąsiadów.
- Kiedyś ich zobaczyłem, jak jechałem na działkę. Jak mnie zobaczyli, spuścili głowy i poszli – dodaje inny mieszkaniec.
W styczniu tego roku umarł gospodarz. Podczas pogrzebu na cmentarzu pojawiła się jego żona i jedna z córek, Beata - nauczycielka. Zabrakło rodzeństwa - Janusza i Marzeny.
- Prawdopodobnie ten chłopak zachorował kiedyś na zapalenie opon mózgowych, a co stało się z dziewczyną, to nie wiem – mówi jeden z mieszkańców.
Sąsiedzi słyszeli różne wersje, m.in. o tym, że dzieci po podstawówce wyjechały uczyć się do pobliskich miast i gdzieś ułożyły sobie życie.
Dwa anonimowe zgłoszenia
W ostatnich miesiącach na policyjnej krajowej mapie zagrożeń bezpieczeństwa, w miejscowości, gdzie mieszka rodzina pojawiły się dwa anonimowe zgłoszenia świadczące o tym, że w domu dzieje się coś niepokojącego. Na miejsce pojechał dzielnicowy z pracownicami GOPS. Dokonano szokującego odkrycia.
- W domu byli: matka, starsza córka - nauczycielka i bliźniaki. Janusz, czyli chłopak-bliźniak, leżał w oddzielnym pokoju pod kocem, a Marzenka jakby przyszła z łazienki i za chwilę położyła się. Pracownice chciały nawiązać z nią kontakt. Pytały się o mamę, czy jest dobra, czy boi się jej. Powiedziała, że nie, że mama jest dobra, bo daje jej ciastka z galaretką i sok brzoskwiniowy. Pracownicy stwierdziły, że to była rozmowa jakby na poziomie 10-12-latki. A z Januszem w ogóle nie ma kontaktu – opowiada Beata Skrocka, kierownik GOPS w Suwałkach.
- Te pracownice długo już pracują w zawodzie, ale ten widok doprowadził je prawie do łez – przyznaje kierownik GOPS.
Z relacji pracowników pomocy społecznej wynika, że rodzeństwo było mocno zaniedbane.
- Marzena jest praktycznie siwą osobą. Jedna z pracownic zwróciła uwagę, że miała blado-żółtą twarz i podkrążone oczy. Janusz, według pracowników, wyglądał gorzej. Miał szczupłą twarz, długie włosy, zaniedbane, długie paznokcie, brudne stopy, tylko dwa zęby. Trudno powiedzieć, czy Janusz w ogóle rozumiał, co się do niego mówi. Nie było u niego żadnej reakcji. Później zakrył głowę kocem. Zapadła decyzja, żeby zabrać ich stamtąd - mówi Beata Skrocka.
Rodzeństwo trafiło do szpitala
Służby zawiadomiły pogotowie ratunkowe. Dwie karetki odwiozły Janusza i Marzenę do szpitala.
- Co musiało się zadziać, że oni przestali mówić? Wygląda jakby cofnęli się w rozwoju. To było krzywdzenie dzieci. Mam wrażenie, że świadome – ocenia Beata Skrocka.
Dziś bliźnięta - Janusz i Marzena - mają 47 lat. Rodzinnego domu, jak się okazuje, nikt nie odwiedzał, strzegło go 11 psów.
- Brama była zamknięta, była wielka kłódka, do tego ponad dziesięć agresywnych psów – opowiada jeden z mieszkańców.
Zarzuty dla matki i siostry rodzeństwa
Matce dzieci, Jadwidze Z. oraz Beacie Z., siostrze bliźniąt, prokurator postawił zarzuty. Następnie kobiety trafiły do aresztu na dwa miesiące.
- Zarzuty, w obu przypadkach, dotyczą znęcania się psychicznego i fizycznego nad pokrzywdzonymi – mówi Wojciech Piktel z Prokuratury Okręgowej w Suwałkach. I dodaje: - Brak opieki polegał na zaniedbywaniu ich podstawowych potrzeb higienicznych, żywieniowych, zdrowotnych, a to doprowadziło do przewlekłego i wieloaspektowego zaniedbania ich organizmów, a w szczególności do znacznego niedożywienia.
- Matka nie chciała dopuścić, by pracownik GOPS został sam z jej dziećmi. Na wszelkie trudne pytania, które dotyczyły dzieci, nie było żadnych odpowiedzi, tylko kluczenie i zmienianie tematu. A siostra bliźniąt stała, denerwowała się i nic nie mówiła – opowiada Beata Skrocka.
Dlaczego siostra rodzeństwa nie reagowała?
Zaskakującym jest fakt, że siostra rodzeństwa, która mieszkała razem z nimi w jednym domu, na co dzień była znaną nauczycielką w dwóch okolicznych szkołach, gdzie oprócz polskiego i niemieckiego uczyła wychowania do życia w rodzinie.
- Była dobrym, sumiennym pracownikiem. Nic nie wskazywało na coś takiego, o co toczy się sprawa. Wszyscy jesteśmy zszokowani i ciężko nam się otrząsnąć – mówi dyrektor jeden z okolicznych szkół.
- Nie znajdujemy racjonalnej odpowiedzi, dlaczego ona nawet nie próbowała komuś o tym powiedzieć. Myślę, że ta siostra też była pod wpływem tej matki – przypuszcza Beata Skrocka.
Ślad rodzeństwa w dokumentacji medycznej pojawił się raz, w 2010 roku, wtedy rodzice zawieźli swoje dzieci do lekarza.
- Z dokumentacji wynika, że zostały przepisane lekarstwa z zakresu zdrowia psychicznego, które znaleźliśmy przeterminowane. Wszystko wskazuje na to, że te osoby były pozbawione opieki dotyczącej przyjmowania lekarstw – mówi prokurator Wojciech Piktel.
Janusz i Marzena przebywają obecnie w szpitalu psychiatrycznym.
- Tak naprawdę przerwaliśmy tę straszną historię. Szkoda, że tak późno, szkoda, że wcześniej nie było sygnałów. Mam nadzieję, że dzieci tam nie wrócą, nie będą miały kontaktu z matką, a pobyt w ośrodku ich ustabilizuje – kwituje Beata Skrocka.
wg
Jakub Dreczka