Mija tydzień od sukcesu Mai Chwalińskiej na kortach Rolanda Garossa. Polska tenisistka skradła serca kibiców. Jak zaczynała swoją karierę i co o Mai mówią jej rodzice?
- Jeżeli robi się to, co się kocha, to jest to najlepsze. Maja wybrała sobie taką drogę, a my staraliśmy się ją w tym wspierać – mówi Tomasz Chwaliński.
- Najważniejsze jest nie przymuszać, bo gdy dziecko się przymusza, to ono nie jest szczęśliwe – dodaje Marcela Chwalińska.
W przypadku Mai wszystko zaczęło się od tak zwanej Talentiady. Późniejszy pierwszy trener - Paweł Kałuża - namówił Maję, by spróbowała swoich sił w tenisie. Wcześniej mała Maja musiała namówić rodziców na zmianę weekendowych planów.
- Dzień był pochmurny, brzydki, nie chciało mi się jechać, ale jak dziecko powiedziało: „Mamuś, jedziemy”, to mama pojechała – wspomina mama Mai Chwalińskiej.
Maja od początku wykazywała się determinacją i gorliwością, ale pracowała także nad własnym stylem gry, co jest obecnie bardzo doceniane i przydało się choćby podczas ostatniego turnieju w Paryżu.
„Być pierwsza w singlu na świecie”
- Starałem się robić nietypowe treningi. Na korcie ziemnym malowałem dziewięciopolową szachownicę, gdzie Maja miała w dane strefy zagrywać, a w inne nie mogła grać. W ten sposób kształtowała swój pomysł na grę i technikę - opowiada Paweł Kałuża.
Maja, już jako młoda zawodniczka, spisała swoje plany na przyszłość. Wiszą w jej pokoju na ścianie:
1. Być pierwsza w singlu na świecie.
2. Wygrać wszystkie cztery szlemy.
3. Wygrać złoto olimpijskie.
4. Mieć dom.
5. Mieć psy.
6. Zdać maturę.
7. Mieć prawo jazdy.
- Pomalutku odfajkowujemy jej plany. Ona jest zadaniowcem, a nawet bym powiedziała, że aż za bardzo, planuje sobie i musi to realizować – mówi Marcela Chwalińska.
- Zdarzały się takie turnieje, że Maja wracała nie wygrywając. Wówczas przyjeżdża naburmuszona, że na przykład trzeba poprawić forehand, że skrót jej nie wychodzi, więc zabieraliśmy się do pracy i naprawialiśmy to – wspomina Paweł Kałuża.
Tenis ostatecznie zwyciężył, ale Maja interesowała się też koszykówką czy karate, a w czwartej klasie podstawówki zadziwiła wszystkich podczas turnieju w siatkówkę.
- Już wtedy u Mai można było zauważyć niesamowity zmysł taktyczny. Przed odbiciem piłki na drugą stronę siatki potrafiła zerknąć kątem oka na ustawienie przeciwników i zagrać piłkę tam, gdzie przeciwników nie ma – mówi Andrzej Krowicki, wicedyrektor Szkoły Podstawowej nr 29 w Dąbrowie Górniczej.
- W dzieciństwie powiedziała, że gdyby jej nie wyszło z tenisem, to ona zostanie trenerką, a jak nie trenerką, to dziennikarką sportową. Zawsze był to sport – mówi mama Mai Chwalińskiej.
Szkolne lata Mai Chwalińskiej
Sukces w turnieju Rolanda Garrosa wyniósł Maję na tenisowy szczyt. Komplementy prawią jej legendy tej dziedziny sportu, takie jak John McEnroe czy Andre Agassi.
W szkole, do której uczęszczała Maja, nikogo to nie dziwi. Tam pamiętają ją przede wszystkim za jej ogromną pracowitość i wyjątkową skromność.
- Pamiętam sytuację, że myśmy wiedzieli o jej sukcesie, jako dyrekcja czy nauczyciele, a ona w klasie nic o tym nie mówiła. Zapytałam ją, czy mogę powiedzieć. Zgodziła się. Nigdy nie była taka, żeby się chwalić. Miała sukcesy i była bardzo pracowita – wspomina Beata Kaczmarzyk, była wychowawczyni Mai.
- Była świetna z angielskiego. Z ogromną radością obserwują ją teraz i przysłuchuj konferencjom prasowym czy jej rozmowom z legendami tenisa. Mówi z ogromną swobodą, potrafi żartować, nie ma w niej żadnego stresu - chwali Justyna Szalska, która uczyła Maję angielskiego.
Czym się zajmuje Maja Chwalińska, jak nie jest na korcie?
- Wszystkiego nie możemy powiedzieć. Lubi serial „Przyjaciele”, który może oglądać na okrągło – zdradza Tomasz Chwaliński.
- Maja uwielbia psy. Pies naszej córki wabi się Baksio, ma 11 lat i jest zwariowanym pieskiem, szczególnie cieszy się, jak córka przyjeżdża. Najgorzej jest, jak odjeżdża, wtedy wskakuje jej do walizki. Nie chce, żeby odjeżdżała – opowiada Marcela Chwalińska.
Maja obecnie jest na bardzo krótkich wakacjach i odpoczywa. A w przyszłym tygodniu dowiemy się, czy dostanie tak zwaną dziką kartę do udziału w turnieju w Wimbledonie w Londynie, co tym razem pozwoliłoby jej ominąć grę w kwalifikacjach i przejść od razu do turnieju głównego.