Wigierski Park Narodowy jest jednym z największych i najbardziej wyjątkowych miejsc ochrony przyrody w Polsce. Ponad 40 jezior poprzecinanych pasmami lasu to siedlisko wielu rzadkich gatunków ptaków i zwierząt.
Zgoda na budowę obok parku narodowego
Z początkiem roku rozeszła się po okolicy wieść, że gmina Suwałki zgodziła się na budowę blokowiska tuż obok parku narodowego.
- Z jednej strony rozumiemy, że rozwój musi następować, natomiast jest pytanie, w jakiej skali i gdzie – zwraca uwagę Jarosław Borejszo, zastępca dyrektora Wigierskiego Parku Narodowego. I dodaje: - Jeżeli te bloki byłyby wybudowane, to w jednym miejscu, blisko granic parku, mamy 1500-2000 nowych mieszkańców. Ludzie chcą mieszkać jak najbliżej przyrody, jak najbliżej lasu. A potem okazuje się, że zaczynają im przeszkadzać dziki, bo rozryły trawnik, wilki się pokazały i potem pada: „Zróbcie coś z nimi, zróbcie coś, żeby ich nie było”. W przypadku każdego takiego nowego skupiska ludzi następuje kolizja.
Złożone z około 20 czteropiętrowych bloków osiedle ma powstać w Płocicznie koło Suwałk na terenie starego tartaku. Inwestycja całkowicie zmieni charakter spokojnej, położonej obok unikatowych lasów i jezior. Mieszkańcy zostali decyzją o planowanej budowie kompletnie zaskoczeni.
- Inwestycja planowana jest na 473 mieszkania – wylicza Iwona Czerniawska, sołtyska wsi Płociczno.
O sprawie rozmawialiśmy z wójtem gminy Suwałki.
- Wydaliśmy decyzję środowiskową zgodnie z wnioskiem złożonym przed inwestora – stwierdza Zbigniew Mackiewicz. I dodaje: - Moim zdaniem to oznacza rozwój, rozwój dla gminy Suwałki, rozwój dla tych trzech miejscowości poprzez to, że będą nowi mieszkańcy.
Nowych mieszkańców ma być więcej niż dotychczasowych w trzech wsiach.
- To, że będzie nas więcej, nie oznacza, że będzie nam lepiej. My twierdzimy, że będzie wprost przeciwnie, że znacznie utrudni to nam życie i naszemu środowisku – przekonuje pani Małgorzata.
Mieszkańcy przekonują, że o inwestycji dowiedzieli się przypadkiem
Olbrzymia inwestycja zmieni malowniczą wieś w miasto, ale wójt poinformował o niej mieszkańców wyjątkowo skromnie: obok adnotacji w Biuletynie Informacji Publicznej umieścił ogłoszenie na tablicy w urzędzie.
- To było praktycznie nie do zauważenia. Nie każdy chodzi do gminy, nie każdy obserwuje ogłoszenia. My byliśmy bardzo mocno zaskoczeni całą tą sytuacją. Tak naprawdę dowiedzieliśmy się o tym wszystkim od pani sołtys, która z kolei dowiedziała się o tym przypadkowo zbierając podatki – mówi pan Antoni.
- Było tak tajnie zrobione, żeby społeczeństwo nie dowiedziało się o tej inwestycji – mówi wprost pan Marek.
Kiedy mieszkańcy dowiedzieli się o planowanym blokowisku, czekało ich kolejne zaskoczenie. Okazało się, że znakomita większość mieszkańców nie może złożyć protestu ani odwołania od decyzji władz gminy. Wójt uznał bowiem, że tzw. „zakres oddziaływania inwestycji” to zaledwie 100 metrów, co oznacza, że tych, którzy mieszkają dalej, sprawa nie dotyczy.
Tereny migracji wilków i rysi
Decyzja wójta o stumetrowej strefie miała jeszcze jeden skutek – w sprawie budowy blokowiska nic nie miały do powiedzenia władze Wigierskiego Parku Narodowego, do którego przylega wieś Płociczno.
- Od planowanej inwestycji do granic parku może być nawet mniej niż 500 metrów – ocenia Jarosław Borejszo.
Zastępca dyrektora Wigierskiego Parku Narodowego pokazał nam mapkę, na której widać, że niedaleko od inwestycji przebiega szlak dużych drapieżników między innymi, rysi, wilków.
- To jest teren intensywnej migracji. Siłą rzeczy, jeżeli tutaj powstałoby takie skupisko ludzi, którzy nieustannie będą penetrować te tereny, kolizje między dzikimi zwierzętami a ludźmi są nieuniknione – zaznacza Jarosław Borejszo.
- Żeby takie bloki mogły funkcjonować, to trzeba przebudować co najmniej instalację wodno-kanalizacyjną z doprowadzeniem jej do Suwałk. Koszt wyniesie co najmniej 50 milionów złotych. I my zapłacimy jako podatnicy – oburza się pan Marek, jeden z mieszkańców Płociczna.
Każda budowa, zwłaszcza tak duża, wymaga zbadania jej wpływu na środowisko naturalne.
- Występowaliśmy z pytaniem o wydanie opinii do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Białymstoku, do sanepidu i do Wód Polskich czy ta inwestycja wymaga przeprowadzenia raportu o działania na środowisko. Od tych organów, które są kompetentne, otrzymaliśmy informację, że ta inwestycja nie wymaga wykonania raportu – stwierdza wójt gminy Suwałki.
- W karcie informacyjnej przedsięwzięcia inwestor podał, że nie wykonuje żadnych przyrodniczych badań na terenie inwestycji z tego powodu, że tartak pracuje przez całą dobę i generuje hałas, który uniemożliwia wykonanie badań. A wszyscy wiemy, że tartak 10 lat temu upadł i nie pracuje. Sprzęt został wywieziony, ludzie są wszyscy zwolnieni, część hal produkcyjnych została zburzona – zaznacza pan Jakub, jeden z mieszkańców.
- Wójt wiedział o tym, że tartak nie pracuje – dodaje Iwona Czerniawska, sołtyska wsi Płociczno.
- Tym bardziej, że wójt brał udział w przetargu na zakup tego terenu od syndyka. Więc uważam, że miał analizę tego terenu, wiedział, że tartak upadł. (…) Ta informacja poszła dalej, podana przez wójta, że ten tartak pracuje i tak poszło to do kolejnych organów. I oni na tej podstawie uznali, że to wszystko jest prawda. Skoro wójt tak deklaruje, że to sprawdził, no to tak jest. Na tej podstawie wydawane są kolejne decyzje – tłumaczy pan Jakub.
Zarzut przyjęcia łapówki przez wójta gminy Suwałki
Półtora roku temu Prokuratura Krajowa postawiła wójtowi gminy Suwałki zarzut przyjęcia łapówki za przychylność okazaną innemu inwestorowi.
- Była to korzyść majątkowa w łącznej kwocie pół miliona złotych. Zaś korzyść majątkowa pochodziła od osoby będącej przedsiębiorcą z branży materiałów budowlanych, materiałów drogowych – mówi Katarzyna Calów-Jaszewska z Prokuratury Krajowej.
Zbigniew Mackiewicz uciekł wówczas za granicę i przeszedł do historii jako jedyny – jak do tej pory - wójt ścigany przez policję listem gończym. Później trafił na dwa miesiące do aresztu, a po wpłaceniu poręczenia majątkowego czeka na proces na wolności.
Pod kluczową dla firmy budującej blokowisko – tzw. „decyzją środowiskową” podpisał się formalnie zastępca Zbigniewa Mackiewicza, bo jego samego obowiązywał w tym czasie sądowy zakaz pełnienia funkcji.
Po konsultacjach z prawnikami mieszkańcy złożyli protest przeciwko decyzji wójta do Samorządowego Kolegium Odwoławczego. W tej samej instytucji czeka na rozpatrzenie podobny wniosek dyrekcji ochrony środowiska.
- Okazało się, że niezbędne jest zatrzymanie tej sprawy, stwierdzenie nieważności decyzji, o co też wystąpiliśmy i przeprowadzenie pełnej wymaganej przez przepisy oceny oddziaływania na środowisko – mówi Adam Juchnik, dyrektor RDOŚ w Białymstoku.