Uwaga!

odcinek 7976

Uwaga!

Walczy z rakiem, ale nie ma czym dojechać na leczenie. "Przepisy są nieubłagane"

Pani Barbara walczy z nowotworem. Kobieta jest bardzo słaba, a szpital onkologiczny oddalony jest od jej domu o 60 kilometrów. Niestety, zgodnie z obowiązującymi przepisami, z bezpłatnego transportu mogą korzystać jedynie pacjenci, którzy nie mogą chodzić.

„Dzień dobry, moja historia z rakiem zaczęła się w 2018 roku. Z przerzutami do kości walczę od kilku lat. Jestem niepełnosprawna. W tej chwili nie mam czym jechać na onkologię. Nie stać nas na naprawę auta, które syn kupił z ukrytą wadą”, napisała do redakcji Uwagi! pani Barbara.

Syn wspiera chorą na raka mamę

Kobieta od ośmiu lat zmaga się z chorobą nowotworową. W walce z rakiem wspiera ją 19-letni syn Maksymilian.

- Zachorowałam w 2018 roku. Był to wieloogniskowy, złośliwy nowotwór piersi. Od razu z przerzutami do węzłów. Przeszłam osiem cykli chemioterapii z szesnastu – opowiada pani Barbara. I dodaje: - Po chemioterapii miałam usunięcie całej piersi i wszystkich węzłów. Później, po operacji, miałam naświetlanie. Później pojawiły się przerzuty do kości.

- Wspieram mamę od początku choroby. Pomagam po operacjach. Pomagałem zmienić opatrunki, drenaże – mówi Maksymilian. I dodaje: - Po prostu staram się nie myśleć o tym, że jest tak źle.

Problem z transportem do szpitala

Oprócz ogromnego stresu wynikającego z postawionej diagnozy, dodatkowym problemem pani Barbary stały się jej dojazdy do białostockiej kliniki onkologii, w której się leczy. Kobieta jest bardzo słaba, a szpital jest oddalony o około 60. kilometrów.

- Przez cztery lata jeździłam co miesiąc do mojej pani doktor na onkologię. Na początku choroby, jak jeszcze byłam sprawna, jeździłam autobusem, jechałam o 6.20, a wracałam o godzinie 16. Dla chorego człowieka to było wykończające. Były takie sytuacje, że nie zdążyłam na autobus i nie miałam, jak wrócić do domu – opowiada pani Barbara.

Zgodnie treścią artykułu 41 ust. 2 ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, bezpłatny transport sanitarny przysługuje jedynie pacjentom z dysfunkcją narządu ruchu uniemożliwiającą korzystanie przez nich z transportu publicznego.

- Pacjenci wynajmują sąsiadów, znajomych, płacą czasem bardzo duże pieniądze, żeby dojechać na wizyty, które są dość częste. Jeżeli ktoś jest w trakcie leczenia onkologicznego, to ma systematyczne wizyty – mówi dr Aniela Uścinowicz.

- Niestety, przepisy są nieubłagane i mówią jasno, że osoby, które są pełnosprawne, czyli poruszają się samodzielnie, chodzące, nie mają zapewnionego transportu medycznego w postaci karetki, która dowiezie ich do szpitala na świadczenia – mówi Monika Ferenc z Białostockiego Centrum Onkologii.

- Na ten moment rekomendujemy takim pacjentom po prostu zgłaszanie się do lokalnych ośrodków pomocy społecznej – dodaje Monika Ferenc.

Kupno samochodu miało rozwiązać problem

W dojazdach do kliniki matkę postanowił wesprzeć syn. Maksymilian podjął pracę, a wszystkie zarobione pieniądze trafiały na poczet zakupu auta.

- Zacząłem oszczędzać pieniądze. Chodząc na praktyki, miałem niewielkie pieniądze, szef dawał nam wypłatę i tak odkładałem. Dwa lata wcześniej wyjechałem za granicę do pracy na wakacje. I teraz też poszedłem do pracy. W końcu kupiłem samochód – opowiada Maksymilian.

19-latek zaoszczędził 15 tysięcy złotych. Kupił 14-letni samochód, który wystawiła na sprzedaż osoba prywatna.

- Bardzo się cieszyliśmy, syn woził mnie na onkologię. Cieszyłam się, że w końcu nie muszę się spieszyć. Maks dbał o samochód, odkurzał go – opowiada pani Barbara.

Trzy tygodnie po zakupie auta okazało się, że samochód wymaga kosztownego remontu silnika.

- Włożyłem w niego całe oszczędności, a nie wiem, czy wyjeżdżając za bramę, nie stanie mi gdzieś w trasie z chorą mamą – obawia się Maksymilian. I dodaje: - Przy zakupie były zapewnienia, że samochód jest w idealnym stanie, że nic, tylko wsiadać i jeździć.

Remont silnika może pochłonąć ponad 10 tys. zł.

- Nie wiem, jak będzie wyglądało moje leczenie. Nie wiem, co mnie czeka. Jak zareaguje mój organizm. Bez samochodu nie mam, jak dotrzeć na onkologię – ubolewa pani Barbara.

- Mam żal do sprzedawcy, bo zapewniał, że samochód będzie dobry. Próbowałem z nim rozmawiać, ale zapewniał, że sprzedał dobre auto. Że to na pewno popsuł mi mechanik – mówi Maksymilian.

- Chciałabym, żeby znalazł się ktoś, kto naprawi ten samochód – mówi pani Barbara.

Rodzinę wspierają przyjaciele. Jednak sprawa dojazdu do szpitala nadal pozostaje problemem.

- Ona nigdy o nic nie prosiła, dobrze sobie radziła całe życie, ciężko pracowała, jestem pełna podziwu dla niej – mówi pani Agnieszka, przyjaciółka pani Barbary.

Co dalej z pacjentami, którzy mają problem z dojazdem do szpitala?

- Było swego czasu onkotaxi, liczymy na to, że zostanie to wznowione, bo myślę, że nie tylko my jako szpitale onkologiczne widzimy taką potrzebę i myślę, że dzięki Państwu ta sprawa zostanie nagłośniona i być może przepisy się zmienią – mówi Monika Ferenc.

- Obecnie nie ma rozwiązania, które by wspierało osoby chore, wykluczone komunikacyjnie, czyli mieszkające na wsiach, mieszkające w małych miastach, które wspierałoby ich w dotarciu do placówek leczniczych. Tutaj chodzi o osoby osłabione, które wymagają szczególnych warunków - mówi Paulina Gadomska z Fundacji Alivia.

- Jest apel do decydentów, do ministerstwa i do innych instytucji, które mają na to budżety, żeby wypracować system wsparcia dla osób wykluczonych komunikacyjnie, które z powodu choroby potrzebują dostać się do placówki leczniczej – dodaje Paulina Gadomska.

Z prośbą o wsparcie pani Barbary oraz pomoc w zorganizowaniu jej dojazdów do kliniki poprosiliśmy gminę.

- Można skorzystać np. z usług sąsiedzkich. Zwracamy koszty dojazdu, jest rozliczenie. Jest uchwała rady gminy i można z takich form pomocy korzystać, jeżeli złoży się wniosek – mówi Anna Trypuć z Ośrodka Pomocy Społecznej w Rutkach.

Pani Barbara skorzysta z propozycji gminy. Dzięki temu, do czasu naprawy samochodu, będzie mogła regularnie dojeżdżać do kliniki.