Uwaga!

odcinek 7972

Uwaga!

Uczciwi ludzie mają zapłacić wysoką karę. Oszustki nikt nie ściga

- Mówiła nam, że to jej mieszkanie i dlatego jej płaciliśmy. Okazuje się, że kłamała nam w twarz. Dlaczego teraz musimy płacić za nią 60 tysięcy długu? – pytają państwo Grzegorkowie, którzy od Joanny Ś. wynajęli lokal, jak się po latach okazało, socjalny.

Wszystko zaczęło się kilkanaście lat temu, kiedy Gerard i Urszula Grzegorek wynajęli w Łodzi skromne mieszkanie od Joanny Ś.

- Pytałam ją, czy nie będzie z mieszkaniem żadnych problemów. Powiedziała, że nie, że za nie zapłaciła i jest jej własnością – przywołuje pani Urszula.

Wynajmowane mieszkanie okazało się lokalem socjalnym

Joanna Ś. przedstawia się jako „kosmetolog”. Na życie zarabia wykonując zabiegi upiększające.

Okazało się, że mieszkanie, które Joanna Ś. wynajęła, nie było jej własnością: kobieta była tylko lokatorką lokalu socjalnego. I mieszkając w rzeczywistości gdzie indziej, wynajęła mieszkanie właśnie Grzegorkom.

Małżeństwo pokazało, że na umowie między nimi a Joanną Ś. napisano, że wynajmujący jest właścicielem lokalu.

- I tak nam też mówiła. A w sądzie dowiedzieliśmy się, że w momencie, kiedy wynajęliśmy od niej mieszkanie, to ona już nie miała prawa do tego lokalu – oburza się pan Gerard.

- Płaciliśmy 550, później 600 zł. Powiedziała, że nie bierze żadnych odstępnych ani nic, bo nie ma jakichś takich luksusów i chce mieć na czynsz – tłumaczy pani Urszula.

Wynajmowała mieszkanie innym, a sama nie płaciła czynszu

Joanna Ś., nie tylko wynajęła cudze mieszkanie, lecz również nie płaciła za nie czynszu do urzędu miasta. Dziś wiemy, że wydział lokali wypowiedział jej w końcu z tego powodu umowę. Zajmujący mieszkanie państwo Grzegorek nie mieli jednak o tym pojęcia: przez kolejne lata mieszkali w lokalu i co miesiąc rozliczali się z Joanną Ś.

Tymczasem kobieta nie ukrywała swojego wystawnego trybu życia: egzotycznymi podróżami chwaliła się często w internecie. Szybko okazało się, że pozory mylą, a kobieta ma spore problemy finansowe.

- Jeszcze ją pytałam: „Asia, wszystko jest OK? Ponieważ przychodzą komornicy, pukają w drzwi”. Odpowiadała: „Tak, wiem o tym, zalegam z telefonami i tak dalej. Nie macie się czym martwić” – przywołuje pani Urszula.

Państwo Grzegorek w ciągu 12 lat przebywania w mieszkaniu, wielokrotnie mieli kontakt z przedstawicielami zarządcy budynku, zgłaszali do administracji usterki i awarie. Nikt nigdy nie powiedział im jednak, że lokal jest zadłużony, a oni zajmują go bezprawnie.

- Administratorki nas znały, widziały. Nikogo nie unikaliśmy. I nikt nam nawet słowem nie powiedział, że jest jakakolwiek sytuacja tego typu, że coś nie jest zapłacone. Przyszła podwyżka czynszu i ona nam czynsz podwyższyła. Nie przyszło nam do głowy, że w tym temacie może być coś nie tak – zapewnia pan Gerard.

- Dowiedzieliśmy się o tym wszystkim, kiedy przyszedł pan windykator – dodaje mężczyzna.

Urzędnicy zaprosili rodzinę do urzędu

Kolejne lata mijały. W końcu do drzwi zapukał windykator urzędu miasta, który zaprosił państwa Grzegorek do wydziału lokali.

- Wypytał mnie się o wszystko, od kiedy jestem w Łodzi, od kiedy tu mieszkam, ilu nas mieszka i tak dalej. Wszystko powiedziałam. A on nie powiedział, jaka jest sytuacja. Dopiero jak to wszystko spisał i kazał się podpisać, to powiedział, jaka jest sytuacja, że w lokalu powinna mieszkać pani Joanna Ś. – opowiada pani Urszula.Niedługo później Urząd Miasta Łodzi zażądał od Grzegorków – a nie od Joanny Ś. - zapłaty blisko 60 tysięcy złotych kary za wieloletnie, tzw. „bezumowne”, korzystanie z mieszkania.

- Tłumaczyłam, że płaciłam czynsz i Ś. powinna go wpłacać. Ale urzędnik stwierdził, że jego to nie interesuje – mówi pani Urszula.

- Od razu postawiono nas pod murem, czyli było powiedziane, mieszkacie, płacicie i tyle – dodaje pan Gerard.

Dlaczego urzędnicy nie próbowali ściągnąć długu od Joanny Ś., z którą mieli podpisaną umowę i zalegała z czynszem?

- Dlatego, że odszkodowanie za bezumowne korzystanie jest należne od osoby, która fizycznie zajmuje ten lokal – stwierdza Paweł Jędrachowicz z Zarządu Lokali Miejskich w Łodzi.

- To nie jest kwota pięciu tysięcy, tylko to jest dość spora kwota, a brała od nas każdego miesiąca czynsz. Normalnie przychodziła i kłamała nam w twarz – oburza się pani Urszula.

Małżeństwo próbowało skontaktować się z Joanną Ś., by ta pokryła zaległe koszty. Bez skutku.

- Uciął się całkowicie kontakt, poblokowała nas na Facebookach. Zero kontaktu jakiegokolwiek – mówi pan Gerard.

Próbowaliśmy porozmawiać z Joanną Ś. Kobieta wciąż zaprasza w sieci klientki do skorzystania z jej usług kosmetycznych do jednego z gabinetów w centrum Łodzi. Na miejscu usłyszeliśmy, że nie ma Ś., bo ta się przeprowadziła.

Umorzenie śledztwa przez prokuraturę

Państwo Grzegorek złożyli do prokuratury doniesienie dotyczące Joanny Ś., ale śledczy sprawę umorzyli.

- Zawarta została umowa o wynajem lokalu mieszkalnego. Stosunek cywilnoprawny łączył dwie strony. (…) Pani wynajmująca wywiązała się ze swojej części umowy, to jest udostępniła lokal mieszkalny, a te drugie osoby też oczywiście ze swojej części umowy się wywiązały, dlatego że według swojej świadomości przekazywały czynsz do osoby uprawnionej – tłumaczy Paweł Jasiak, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi.

- Oczywiście nie jest powiedziane, że nie zostało popełnione przestępstwo na szkodę Zarządu Lokali Miejskich – dodaje prokurator Paweł Jasiak.

Prokuratura zapowiada kolejne śledztwo dotyczące Joanny Ś., ale na razie w opałach jest tylko rodzina Grzegorków.

Zapytaliśmy urzędników, czy mają kontakt z Joanną Ś.

- Z panią Ś. nie ma obecnie kontaktu. My nie biegamy po mieście za lokatorami i nie mówimy, że mają oddać nam pieniądze. Od tego są organy, jest sąd. Później komornik ściąga te należności – mówi Paweł Jędrachowicz ZLM w Łodzi.

„Wydział lokalowy łódzkiego urzędu z przyczyn formalnych podzielił swoje roszczenie na dwa okresy, w których państwo Grzegorek zajmowali mieszkanie i wytoczył im dwie sprawy cywilne. Cztery orzeczenia, które zapadły w tych sprawach mogą być dowodem na to, że sprawa w polskim sądzie to po prostu loteria”, mówi Tomasz Patora, autor reportażu.

- Pierwszą sprawę żeśmy przegrali, następną sprawę żeśmy wygrali – dziwi się pan Gerard.

W sumie były cztery sprzeczne ze sobą orzeczenia.

- Pożądanym jest, żeby wszystkie sądy w Polsce miały identyczne zdanie, ale oczywistym jest, że sądy mają prawo do własnego zdania. Opierając się na przepisach, które są niedookreślone, sądy mają dużą możliwość swobody w interpretacji tych przepisów i może się zdarzyć, że będą różne orzeczenia – mówi Monika Pawłowska-Radzimierska, rzecznik Sądu Okręgowego w Łodzi.

Tylko od lokatora można żądać zapłaty, a sądy różniły się poglądem czy lokatorem jest ten, kto podpisał umowę z miastem, czy także ten, kto – jak państwo Grzegorek – po prostu mieszka w lokalu.

Część sądów twierdziła też, że Grzegorkowie powinni na własną rękę skutecznie sprawdzić, czy Joanna Ś. jest rzeczywiście właścicielką mieszkania.

- Pozwano tych, którzy zapłacą należności – uważa adwokat Łukasz Kwiatkowski, pełnomocnik państwa Grzegorek. I dodaje: - To jest dla mnie niezrozumiałe, bo od moich klientów oczekuje się ponownej opłaty całości należności, które na przestrzeni lat płacili do swojego wynajmującego.

- Nie zapłacę tego od razu. Nie mam takiej kwoty. Mam wziąć kredyt, żeby zapłacić jej dług? A ona będzie mi się śmiała w twarz i będzie dalej lansowała się na Facebooku? Kiedy, ja będę zęby w ścianę wybijać i zasuwać po 10-12 godzin w pracy po to, żeby spłacić jej dług? – denerwuje się pani Urszula.