Uwaga!

odcinek 7958

Uwaga!

Ruszył proces ws. śmierci 19-letniego Olka. „Chciałabym, żeby lekarze byli przykładnie ukarani”

19-letni Olek zmarł nie doczekawszy pomocy, o którą błagał kilkadziesiąt razy. W Grudziądzu ruszył proces oskarżonych w tej sprawie lekarzy.

- Wszyscy mi mówili: "Co ty, z lekarzami chcesz walczyć? Kto wygrał z lekarzami? Z lekarzami jeszcze nikt nie wygrał. Jeszcze policja, daj sobie spokój. Szkoda zdrowia". A jednak powoli idziemy do przodu – ocenia pani Małgorzata, matka zmarłego Olka.

Rodzina Olka czekała na proces ponad dwa lata. Heroiczna walka mamy i sióstr nastolatka o sprawiedliwość spowodowała, że przed sądem stanęło trzech lekarzy.

Tragedia w Grudziądzu

4 stycznia 2024 roku Olek Shahbazyan, którego policjanci przyłapali na przechodzeniu przez jezdnię poza pasami, przestraszył się i zaczął uciekać. Próbując przeskoczyć płot, nadział się na ostry pręt i przebił sobie tętnicę udową.

Przez kilkadziesiąt minut wykrwawiał się i błagał o pomoc, nikt go jednak nie ratował.

Afera wybuchła, gdy ujawniliśmy w Uwadze! kompromitujące medyków nagrania z monitoringu, ale nawet dziś obrona robiła wszystko, by zablokować proces i nie wpuścić na salę przedstawicieli mediów.

Sąd jednak wniosek obrony oddalił.

- Straciłam wiarę w państwo, straciłam wiarę w ludzi. Straciłam wiarę we wszystko, co do tej pory pielęgnowałam – mówi pani Małgorzata. I dodaje: - Choć teraz jest trochę lepiej, mam wrażenie, że machina ruszyła.

Trzech lekarzy oskarżonych ws. śmierci Olka

„Sławomir B., jako lekarz zespołu ratownictwa medycznego, będący kierownikiem tego zespołu, niewłaściwie ocenił głębokość rany na udzie i możliwe wynikające z niej zagrożenia, narażając tym samym w konsekwencji Aleksandra na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu”, mówił prokurator na sali rozpraw.

W rękach Sławomira B., lekarza z karetki pogotowia, Olek pozostawał przez blisko pół godziny. Medyk, zamiast dokładnie zbadać i ratować chłopca (tamować krwotok i podać płyny zastępcze), drwił z pacjenta i wycierał w jego ubranie ubrudzone ręce. Mimo wielokrotnych błagań o tlen, nie pomógł Olkowi oddychać.

Dziś do sądu oskarżony lekarz nie przyszedł.

- Na tym etapie postępowania uznaliśmy, że nie jest to celowe, by stawił się w sądzie – stwierdza Maciej Pawlikowski, obrońca Sławomira B. I dodaje: - Mój klient

konsekwentnie nie przyznaje się do zarzucanego czynu. Złożył wyjaśnienia na etapie postępowania przygotowawczego.

Rodzina Olka chce, by także ratownicy ponieśli konsekwencje

Oprócz lekarza w karetce było dwóch ratowników medycznych. Oni też zamiast ratować Olka, pastwili się nad nim, wlokąc umierającego chłopca do karetki, szarpiąc go za włosy i boleśnie dociskając pięścią pierś nastolatka. Byli brutalni i chamscy, mimo to prokurator nie zdecydował, aby ratownicy stanęli przed sądem.

- Zespół ratownictwa medycznego ma swojego kierownika, który kieruje pracą zespołu. Ocenialiśmy przede wszystkim kwestie medyczne, związane z przyczynieniem się czy spowodowaniem określonego skutku medycznego – stwierdził prokurator Jerzy Waryszak.

- W tej sprawie nie budzi wątpliwości, w oparciu o nagrania wideo z karetki pogotowia, że również ratownicy medyczni, którzy byli tam obecni, powinni w tej sprawie mieć postawione zarzuty. To bezsporne. Zrobimy wszystko, żeby ci dwaj ratownicy mieli postawione zarzuty – mówi Michał Wąż, adwokat rodziny Olka.

Udało nam się dotrzeć do jednego z ratowników z karetki. Aleksander S. m.in. szarpał Olka za włosy i – jak wszyscy w zespole - ignorował prośby umierającego chłopca o podanie mu tlenu.

- Nie szarpałem za włosy. Ten człowiek nurkował głową do dołu. Głowa mu opadała, on ją z impetem zarzucał. Ja łapałem tę głowę po to, żeby się nie uderzył w stalowe elementy noszy. Gdybym nie złapał, prawdopodobnie by sobie czoło rozwalił – stwierdził mężczyzna w rozmowie z reporterem Uwagi!

- Akurat jestem medykiem i wiem, że pacjenta nie ciągnie się za włosy. Są inne metody zabezpieczenia pacjenta, by nie zrobił sobie krzywdy. Nie trzeba zadawać dodatkowego bólu – odpowiada matka Olka.

- Mam pretensje do ratowników za to, że torturowali mojego syna. To był dramat, to dziecko strasznie cierpiało. Ciężko mi o tym mówić, ale wracam do tego każdego dnia. To było barbarzyństwo – podkreśla pani Małgorzata.

- Zabrakło jednego człowieka, jednej duszy, która powie: „Chłopaki - stop, przestańcie”. Zabrakło po prostu bycia ludzkim – uważa Lidia, siostra Olka.

- Tam jeden z ratowników powiedział, że nie rozumiał dobrze, co Olek mówił, bo on był obcokrajowcem. Myślę, że jego uroda mu nie pomogła, nazwisko mu nie pomogło – uważa pani Małgorzata.

- Trzeba było mu pomóc i on by żył. Nie trzeba było się nad nim znęcać – podkreśla matka Olka.

Wojewoda skontrolował procedury

Po ujawnieniu przez nas afery, wojewoda zarządził kontrolę w szpitalu. Dziś wiemy, że zespół karetki złamał wszystkie zasady dotyczącego natychmiastowego ratowania pacjenta. Wbrew poleceniu, karetka nie jechała do Olka na sygnale i przez to stała w korkach i na światłach. Do szpitala medycy wieźli umierającego już chłopca - także w ślimaczym tempie, a w dokumentach wpisane zostały nieprawdziwe informacje.

Mimo tych wszystkich zaniedbań, kiedy karetka dojechała w końcu do grudziądzkiego szpitala, istniała jeszcze szansa dla Olka. Tam jednak rozegrał się kolejny i niestety już ostatni akt tej tragedii.

„Oskarżam Maksyma D. o to, że nie zachował wymaganych w zaistniałych okolicznościach zasad ostrożności oraz nie dołożył należytej staranności. W szczególności odstąpił od samodzielnej oceny sytuacji, niezależnie od wywiadu przekazanego przez lekarza karetki, w tym głębokości ran, nie rozpoznając tym samym masywnego krwawienia wewnętrznego z uszkodzonej tętnicy udowej jako źródła zatrzymania krążenia, narażając w konsekwencji Aleksandra na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu”, mówił na sali rozpraw prokurator.

Feralnego wieczoru Maksym D. był lekarzem dyżurnym na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Zdaniem prokuratury, nie zbadał należycie o Olka i nie wykrył krwawienia z tętnicy, opierając się jedynie na fałszywych – jak się okazało – informacjach od lekarza z karetki i policjantów.

Maksym D. w sądzie nie przyznał się do stawianego zarzutu.

Trzeciego oskarżonego lekarza, anestezjologa Marka O., wezwano, gdy Olek już nie oddychał i wymagał reanimacji. Lekarz reanimował jednak pacjenta z rurką intubacyjną wprowadzoną przez kilkanaście minut do przełyku zamiast do tchawicy. Błędu nie wykrył, bo nie podłączył obowiązkowego w takiej sytuacji urządzenia, czyli kapnografu pozwalającego na monitorowanie stężenia dwutlenku węgla wydychanego przez pacjenta.

- Chciałabym, żeby lekarze i ratownicy byli przykładnie ukarani. Przykładnie, żeby to dało do myślenia innym medykom czy służbom jakimkolwiek, że jeżeli będą w ten sposób postępować, to może się zdarzyć tak, że trzeba będzie ponieść za to odpowiedzialność. Niech to będzie taką przestrogą – kwituje pani Małgorzata.