Zawalił się budynek, zginęło dwóch braci. Katastrofę wywołało wywiercenie kilku otworów?
Czy możliwe, by kilka wywierconych wiertarką akumulatorową otworów, spowodowało zawalenie dużej hali, w której zginęło dwóch młodych mężczyzn?
Ponad rok temu hala, pełniąca kiedyś w Mławie rolę zajezdni autobusowej, runęła w ciągu kilku sekund. Pod jej gruzami zginęło dwóch młodych mężczyzn.
- Tego dnia byłem na miejscu. Ja i trzech pracowników. Podmuch spadającego dachu otworzył drzwi i wypchnął nas na zewnątrz – opowiada Radosław Piórkowski, właściciel firmy montującej monitoringi.
Zakładali monitoring, kiedy hala się zawaliła
W momencie zawalenia hali pracownicy firmy, której właścicielem jest pan Radosław, montowali na jej terenie monitoring i system alarmowy. Wśród nich byli bracia - 29-letni Bartłomiej i 30-letni Mateusz.
- Bartek był przygnieciony przez jeden z legarów. Próbowałem podnieść legar, aby go uwolnić. Przybiegło kilka osób, które próbowało pomóc. Ale stwierdziliśmy, że jest to na tyle ciężkie, że nie da rady tego ruszyć – opowiada pan Radosław.
- Pod gruzami mieliśmy trzy osoby, dwie to ofiary śmiertelne. Jedna osoba została przewieziona do szpitala – mówił po zdarzeniu kpt. Jacek Dryll z Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Mławie.
O katastrofie budowlanej w Mławie bliscy ofiar dowiedzieli się z telewizji. Tego dnia wraz z halą zawaliło się ich życie. Bartłomiej i Mateusz byli braćmi. Jedynymi dziećmi państwa Olszewskich.
- Pojechaliśmy wtedy na miejsce. Niestety, Bartek leżał na posadzce za czerwonym parawanem. Przez chwilę mogliśmy go uściskać – wspomina Stanisław Olszewski, ojciec ofiar.
- W międzyczasie odlatywał helikopter. Miałam nadzieję, że to może jest mój Mateusz, ale to nie był on – wspomina pani Martyna, żona mężczyzny, który zginął w zawalonej hali.
- Czekaliśmy pięć, sześć godzin aż wydobędą z gruzów ciało Mateusza – dodaje kobieta.
Śledztwo w sprawie zawalenia się hali w Mławie
W sprawie katastrofy budowlanej wszczęte zostało śledztwo. Zdaniem prokuratury przyczyną katastrofy były prace wykonywane w związku z instalacją kamer monitoringu. Zarzuty, zagrożone karą 8 lat pozbawienia wolności, usłyszał szef firmy.
- Trudno mi sobie wyobrazić odpowiedzialność, jaka jest mi przepisywana względem prac, które wykonywaliśmy. Nie były to prace wyburzeniowe – podkreśla pan Radosław.
Jak wyglądały czynności, w wyniku których miało dojść do zawalenia się hali?
- Wykorzystywaliśmy wiertarkę udarową akumulatorową i wykonywaliśmy odwierty. Następnie w otworach osadzaliśmy koszulki kołków, a potem wkręcaliśmy śruby – pokazuje pan Radosław.
Według opinii powołanego przez prokuraturę biegłego, wywiercenie kilku otworów, miało naruszyć wielotonową konstrukcję. Odpowiedzialność ma ponosić za to pan Radosław jako szef firmy, która montowała monitoring.
- Przewiercenie elementu metalowego w belce czy stropie betonowym wiertłem do betonu, wiertarką akumulatorową, czyli urządzeniem, które nie ma wielkiej mocy, jest wręcz niemożliwe – podkreśla pan Radosław.
- Nie wiem, kto zawinił, ale uważam, że to absurd, żeby kołek mógł spowodować zawalenie się hali – uważa żona jednej z ofiar.
Opinie ekspertów na temat możliwych przyczyn katastrofy
O komentarz na temat opinii biegłego poprosiliśmy dwóch niezależnych ekspertów z dziedziny budownictwa i architektury.
- Każdy, kto wiercąc jakiś otwór w ścianie, natrafił na pręt zbrojeniowy, wie, że jego przewiercenie czy uszkodzenie jest niezwykle trudne. Główne zbrojenie dźwigarów dachowych jest wykonane ze stali o wytrzymałości nawet cztery razy większej od powszechnie stosowanych prętów zbrojeniowych. Nie ma możliwości ich uszkodzenia ręczną wiertarką – podkreśla mgr inż. Karol Wojciechowski.
- Na zdjęciach, na których pokazany jest wkręt, nie ma przerwania stali. A przerwanie jednej czy dwóch strun w dźwigarze, który spełnia wymagania bezpieczeństwa konstrukcji, nie powinno spowodować, że konstrukcja się zawali – ocenia mgr inż. Mariola Berdysz.
O sprawę zapytaliśmy prokuraturę.
- Postępowanie jest w toku, można je jeszcze uzupełnić innymi dowodami – stwierdza Bartosz Maliszewski z Prokuratury Okręgowej w Płocku. I dodaje: - Zarzuty pojawiły się kilka tygodni temu, w dalszym ciągu prowadzone jest postępowanie dowodowe. Prokurator oczekuje na wynik kontroli, prowadzonej w związku z tym zdarzeniem przez Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego.
Zgodnie z przepisami taki obiekt musi przechodzić regularne kontrole techniczne. Za niedopełnienie tego obowiązku właścicielowi obiektu grozi odpowiedzialność karna. Czy takie kontrole były zlecane i jaki był ich wynik?
Zapytaliśmy o to właściciela zawalonej hali, lokalnego przedsiębiorcę działającego w branży budowlanej.
- W tej chwili nie odpowiem. Nie pamiętam – stwierdza mężczyzna.
Niecałe pół roku przed katastrofą, właściciel hali zdecydował się na rozbiórkę części budynku. Rozebraną część i halę, która uległa zawaleniu, łączyła wspólna ściana.
- Chyba tego nie było. Nie wiem – stwierdza właściciel hali pytany o to, czy miał pozwolenie na rozbiórkę.
- Główną przyczyną zawalenia hali był jej zły stan techniczny, który również został odnotowany przez biegłego. Ta informacja, oprócz tego, że została odnotowana, nie została rozwinięta. Wszystko się skupiło na tym, że chodzi o parę otworów i brak zachowania BHP. W mojej opinii prawda leży gdzie indziej – kwituje mgr inż. Karol Wojciechowski.