Śladów po kolizji brak, a płacić trzeba. Pan Wiesław został wrobiony w stłuczkę?
Śladów po kolizji na aucie pana Wiesława nie widać. - Tłumaczyłem policji, że nie było kolizji - mówi mężczyzna. Ale i tak ma zapłacić 14 tysięcy złotych z odsetkami za naprawę auta, w które miał wjechać. Jak to możliwe?
Do kolizji, po której na aucie pana Wiesława nie widać śladów, miało dojść półtora roku temu na jednej z dróg pod Dębicą. Mężczyzna miał wjechać swoim fiatem w prawy tylny zderzak stojącej przed nim mazdy.
Pan Wiesław jednak temu zaprzecza.
- Jechałem rano do pracy, było około godziny 6.30. Na skrzyżowaniu przede mną stało auto, z kierunkowskazem w lewą stronę, natomiast prawa część drogi była wolna. Z racji tego, że tamto auto nie mogło dalej pojechać, a ja miałem zieloną strzałkę, pojechałem w prawo. Minąłem ten samochód – relacjonuje pan Wiesław.
- Miejsca na drodze było pod dostatkiem, nie mogłem spowodować tej kolizji. Poczułbym to i widział, przecież chodzi o małą prędkość – zaznacza nasz rozmówca.
Badanie kolizji przez policję
Po kilku dniach u pana Wiesława zjawiło się dwóch policjantów z lokalnej komendy.
- Była sobota. Przyjechali, weszli na podwórko, mówiąc, że chcą zobaczyć moje auto. Obydwaj stwierdzili, że na nadkolu jest ślad – opowiada mężczyzna.
Dziś na nadkolu nie widać śladów uderzania w inne auto.
- Jak przyjechała policja, to była godz. 13-14 i świeciło słońce, mieli jeszcze latarki. Stwierdzili, że jest niby rysa, niby smuga, coś w tym stylu – mówi pan Wiesław.
- Zobaczyłam to miejsce. Nie było żadnej rysy, był tam cień, to było po prostu brudne. Wzięłam ścierkę z wodą i pokazałam, że nic tam nie ma. Przetarłam i nic nie było – mówi żona pana Wiesława.
Zdjęcia wykonane przez policję
Wcześniej policjanci spisali notatkę i wykonali zdjęcia. Na boku lewego nadkola widać albo ledwie dostrzegalne rysy, albo ciemne smugi. Trudno przesądzać, co to jest, bo jakość zdjęć jest słaba. I to miały być ślady po uderzeniu w prawy tylny zderzak mazdy.
Kilka dni później pan Wiesław dostał wezwanie na policję.
- Powiedziałem, że na pewno nie brałem udziału w żadnej kolizji, na pewno. Że nie słyszałem i nie widziałem, że cokolwiek mogło się zdarzyć. Poprosiłem, żeby to podkreślili, bo było to ważne. Czułem, że coś się dzieje nie tak – mówi pan Wiesław.
- Po spisaniu protokołu wyszliśmy na zewnątrz obejrzeć moje auto. Po raz kolejny. Odbyła się ta sama operacja co wcześniej. Chodzili, szukali, oglądali, świecili. Szukali czegoś, do czego mogliby się przyczepić – opowiada nasz rozmówca.
- Zadałem pytanie, czy mógłbym zobaczyć zniszczenia, jakich dokonałem na drugim aucie. Na co pan odpowiedział, że niestety nie – dodaje pan Wiesław.
Policja skierowała wniosek do sądu o ukaranie
Choć zeznania obu kierowców były sprzeczne, to policja skierowała wniosek do sądu o ukaranie pana Wiesława. Został on skazany, o czym nie miał pojęcia, bo wyrok zapadł w trybie nakazowym.
Tymczasem kierowca fiata, nie mając nic do ukrycia, zdecydował się, by całą sprawę przeanalizował ekspert - rzeczoznawca samochodowy i biegły sądowy.
- Pomiary grubości powłoki lakieru nie wykazały napraw blacharsko-lakierniczych, co może wskazywać, że jest to lakier fabryczny. Mocowania też wyglądają na fabryczne – mówi Marcin Średziński.
- Nie widzę żadnych śladów wskazujących na możliwość kontaktu z drugim pojazdem. Nie widzę rys ani śladów lakierowania. Według mojej oceny nic nie było robione od czasu opuszczenia auta z fabryki – podkreśla rzeczoznawca samochodowy.
Sprawą tej niewiarygodnej wręcz kolizji zajmowały się aż trzy podkarpackie komendy policji. Pojechaliśmy z panem Wiesławem do pierwszej z nich.
- Nie jestem upoważniony do udzielania informacji w takiej sprawie – usłyszeliśmy.
A co usłyszymy na komendzie, z której policjanci dokonywali pierwszych oględzin fiata i wykonali zdjęcia ni to rys, ni to smug?
- Nie jestem osobą, która powinna się w takiej sprawie wypowiadać- oświadczył kolejny funkcjonariusz.
Choć cała sprawa od początku dla pana Wiesława była absurdalna, a policjanci zapewniali go, że wszystko się wyjaśni, to okazuje się, że pytywany o tę kolizję był nawet naczelnik wydziału ruchu drogowego kolejnej komendy. Jak wynika z notatki on też stwierdził, że uszkodzenia na obu pojazdach mają ze sobą związek.
I tak wątpliwej jakości zdjęcia szkód na obu autach i słowo przeciwko słowu kierowców były podstawą skierowania przez policję wniosku o ukaranie do sądu, gdzie skazano pana Wiesława za wykroczenie. Kierowca fiata nie złożył jednak sprzeciwu od wyroku i zapłacił 1000 zł grzywny.
- Nie czułem się psychicznie na siłach, by się tym zajmować. Wołałem zapłacić mandat i mieć wszystko z głowy. Nie spodziewałem się jednak, że będzie miało to takie konsekwencje – przyznaje dzisiaj mężczyzna.
Ubezpieczyciel żąda 14 tys. zł
Pan Wiesław ma teraz słono zapłacić. Ubezpieczyciel zażądał od niego 14 tysięcy złotych za naprawę mazdy. Kierowca mazdy stwierdził, że drugi kierowca uciekł z miejsca zdarzenia, choć sądowy wyrok tego nie potwierdza.
Skąd wzięła się taka kwota za naprawę zderzaka? Pan Wiesław przekonał się o tym, kiedy dostał zdjęcia od ubezpieczyciela.
- Jak przeglądałem je, to przechodziły mi ciarki. Widać uszkodzenia auta. Wgniecenia i porysowania na całym aucie, dalej wgniecenia z rdzą – pokazuje pan Wiesław. I zaznacza: - To ewidentny przekręt, inaczej tego nie można powiedzieć.
Właścicielkę mazdy odnaleźliśmy na Śląsku. Nie zastaliśmy jej, ale okazało się, że tego dnia autem jechał jej pracownik. Udało nam się z nim porozmawiać.
- Sprawa jest załatwiona, nie chciałbym drążyć dalej sytuacji – usłyszeliśmy.
Zdjęcia uszkodzonej mazdy pokazaliśmy naszemu ekspertowi. Na postawie oględzin fiata, pomiarów, a także analizy porównawczej wszystkich uszkodzeń na obu autach sporządził opinię.
Okazuje się, że ślady na boku nadkola fiata nie korelują z uszkodzeniami prawego zderzaka mazdy, a pozostałe uszkodzenia tego auta przypisane do tej kolizji powstały w innym sposób.
- Mamy przymiar, który nam wskazuje wysokości na tych pojazdach. I widzimy, że nie ma żadnych elementów na tym białym pojeździe marki fiat, które mogłyby spowodować uszkodzenia właśnie takie jak tutaj – pokazywał nam ekspert.
- Uszkodzenia na tej mazdzie mogły powstać w dwóch sytuacjach. Najechanie mazdy na jakąś przeszkodę i wtedy to mazda, jadąc do przodu, powoduje uszkodzenie od przodu pojazdu do tyłu. Albo w mazdę ktoś wjechał od przodu do tyłu, na przykład cofając – mówi Marcin Średziński.
- Dla mnie pan Wiesław nie jest sprawcą, tylko poszkodowanym. Naprawdę nie potrafię zrozumieć, jak można być aż tak poszkodowanym. Przez wszystkie te instytucje, przez policję, przez firmę ubezpieczeniową. Został wrobiony w stłuczkę – ocena biegły sądowy.
- Nie pozostaje nic innego, jak walczyć o tę sprawiedliwość, żeby rozwiązać tę sprawę do końca. Dla mnie to jest ewidentne oszustwo, w białych rękawiczkach, gdzie można zarobić pieniądze kosztem kogoś – kwituje pan Wiesław.