Mieszkanie bez schodów, bo schody należą do sąsiada. Kto odpowiada za ten absurd?
Pani Ewa ma mieszkanie na pierwszym piętrze, ale nie ma schodów, bo te należą do sąsiadów. Jak to możliwe?
Pani Ewa jest emerytowaną nauczycielką. Choć jest właścicielką mieszkania w kamienicy w Birczy, wynajmuje za 3 tys. złotych mieszkanie na rzeszowskim osiedlu. By móc za nie płacić, musi dorabiać sprzątając biurowce. W swoim własnym lokum mieszkać nie może. O tym, że schody, które do niego prowadzą, nie są jej współwłasnością, dowiedziała się z końcem zeszłego roku.
- Nie rozumiem, jak gmina, urzędnicy, mogli zrobić coś takiego – denerwuje się pani Ewa.
Mieszkanie kupione od gminy
Bircza to małe miasteczko na Podkarpaciu. 67-letnia pani Ewa w mieszkaniu na pierwszym piętrze kamienicy spędziła całe dzieciństwo. Jej matka w 2012 roku odkupiła je od gminy. W akcie notarialnym mowa jest o częściach wspólnych, w tym: klatce schodowej.
- Każdy normalny, przeciętny człowiek by pomyślał, o jaką klatkę chodzi, innej nie ma – podkreśla pani Ewa. - To dwa budynki pożydowskie, połączone jedną klatką. Myśmy mieszkali na pierwszym piętrze. Wchodziło się jedną, jedyną klatką schodową.
Jeszcze jak żyła mama pani Ewy, zaczęły pojawiać się niepokojące sygnały.
- Sąsiedzi zaczęli mówić, że klatkę mama musi załatwić z gminą. Zaczęło się nagabywanie: „Pani Stasiu, pani nie ma schodów” – opowiada nasza rozmówczyni.
Matka pani Ewy zmarła w 2016 roku. Pani Ewa mieszkała wówczas z rodziną w innym miejscu, w odziedziczonym mieszkaniu bywała sporadycznie, wciąż otrzymując sygnały od sąsiadów, że mieszkanie jest jej, owszem, jednak żadna klatka schodowa do niego nie prowadzi. Pani Ewa sądziła, że prawnie nie jest to możliwe, tym bardziej, że w umowie kupna-sprzedaży klatka schodowa wymieniona była jako część wspólna.
- W 2019 roku zaczęłam próbować wprowadzać ekipy remontowe i spotkałam się ze strony sąsiadów ze stanowczym – stop. Że nie wolno mi tam chodzić – mówi pani Ewa. I dodaje: - Pokazywałam im, że mamy w księgach wieczystych klatkę schodową.
Sąsiedzi pozwalają pani Ewie jedynie od czasu do czasu wejść, żeby doglądać mieszkania.
- Rozdzielili kamienicę, my jesteśmy w jednej, a tam jest inna kamienica. Proszę skarżyć gminę, winny jest ten, który podpisał i sprzedał mieszkanie bez schodów – mówi sąsiadka pani Ewy.
Droga sądowa
Wobec oporu sąsiadów pani Ewa postanowiła wstąpić na drogę sądową, żądając od sąsiadów dostępu do – w jej przekonaniu – współdzielonej klatki schodowej. Sprawa ciągnie się od kilku lat. Przełom – a jednocześnie zła wiadomość dla pani Ewy – pojawił się z końcem zeszłego roku.
- W listopadzie, na zlecenie sądu, przeprowadzone zostały oględziny nieruchomości, a następnie wydana pisemna opinia. Biegły w tej opinii jednoznacznie wskazał, że sporna klatka schodowa jest klatką schodową należącą do właścicieli. Natomiast do mieszkania pani Ewy nie przynależy żadna klatka schodowa – mówi Robert Bielaszka, pełnomocnik pani Ewy.
- Oczywiście, nie można sprzedać mieszkania bez klatki schodowej, to wynika wprost z ustawy o własności lokali – dodaje adwokat Robert Bielaszka.
Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że kilka lat przed zawarciem umowy kupna-sprzedaży gmina wystąpiła do sądu o służebność rzeczonych schodów. Sąd odmówił. Gmina, chcąc sprzedać lokal, powinna była jakoś rozwiązać sprawę – na przykład dobudowując do mieszkania na pierwszym piętrze odrębną klatkę schodową. Gmina tego nie zrobiła i - nie bacząc na brak formalnego dostępu - sprzedała feralne mieszkanie starszej, blisko 80-letniej wówczas, matce pani Ewy.
- Brak dostępu do tego mieszkania mogę określić jako wadę na tyle istotną, że prawdopodobnie, gdyby kupujący wiedział o tej wadzie, że nie będzie mógł dostać się do lokalu, to pewnie by tej umowy nie zawarł – mówi radczyni prawna dr Joanna Głowacka. I dodaje: - Jest to w mojej ocenie sytuacja wyjątkowa. Wynika z niedbalstwa i chaosu w dokumentacji, którą gmina posiada. Ktoś musi za to ponieść odpowiedzialność. Trzeba skorzystać ze wszystkich możliwych środków prawnych, nawet wtedy, kiedy istnieje ryzyko zarzutu przedawnienia, który może być podniesiony przez gminę. Ale jeżeli nawet taki zarzut zostałby podniesiony, sąd może uznać taki zarzut jako nadużycie prawa, w tych konkretnych okolicznościach.
Wróćmy do sąsiadów pani Ewy.
- Jak teraz zgodzę się na wszystko [udostępnienie klatki -red.], to znowu minie dziesięć lat i ja zostawię dzieciom czy spadkobiercom dalej ten bałagan – stwierdza sąsiad. I dodaje: - Ja mam porządek, jak oni mają bałagan, to niech sobie załatwiają, a ode mnie niech się odwalą.
- Jeżeli niezależny sąd stwierdzi, że do tego doszło czy umyślnie, czy nieumyślnie i zobliguje urząd gminy do tego, aby taką szkodę naprawił, publicznie deklarujemy, że taką szkodę naprawimy – zapowiada Przemysław Dutkowski, zastępca burmistrza miasta i gminy Bircza.
- Gmina zawiniła na całej linii. To mieszkanie, w którym mogłabym być na starych śmieciach, u siebie i pożyć chociaż trochę jako emerytka, ale czy zdążę? Nie chcę zostawić tego bałaganu dzieciom – kwituje pani Ewa.